Jagiellońskie centrum językowe - Wakacyjne kursy językowe
 
Start arrow Przygody i podróże arrow Pelikano! Pelikano!
 
 
Pelikano! Pelikano! Email
Oceny: / 1 KiepskiBardzo dobry 
Autor: Karolina Duszka   
08.01.2011.

W delcie Dunaju nikt się nie spieszy. Ludzie potrzebują do szczęścia niewiele, swojskość góruje nad potrzebą wielkiego świata

Pelikano! Pelikano!

Delta Dunaju i jej okolice to wielkie królestwo przyrody. Czas ludzki stoi tu w miejscu, a natura w znacznej mierze rządzi się sama. Nie bez powodu tereny te widnieją na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Dunaj rozwidla się niedaleko Tulczy, która jest największym miastem w tym regionie. Wśród jego ramion porozrzucane są malutkie wioski, a na końcu jednej z rzecznych gałęzi znajduje się miejscowość Sulina. Dawniej była ważnym portem czarnomorskim. Dzisiaj jest miejscem, gdzie rytm życia mieszkańców wyznaczają rybołówstwo, motorówki i pelikany.

Image

Biletów nie ma, czyli są

Z Bukaresztu wyruszyliśmy pociągiem, który trzystukilometrową trasę do Tulczy pokonał w siedem godzin. Długość podróży rekompensowały nam widoki na Dobrudżę – nadmorską krainę historyczną, którą dzielą między sobą Rumunia i Bułgaria. Krajobraz zmieniał się wielokrotnie. Niedokończone mosty, będące podobno pozostałością po komunistycznych planach wybudowania kanału łączącego Morze Czarne ze stolicą, ustępowały powoli miejsca zielonym pustkowiom. Wśród równin dominowały wymarłe rumuńskie wioski. Bliżej Tulczy nasz wzrok przykuwały fantazyjne rzeźby terenu wyżłobione przez przyrodę na wzniesieniach.

Image 

Ponieważ autobusy i pociągi nie kursują na tak podmokłych terenach, jedyną możliwością dotarcia z Tulczy do Suliny była przeprawa statkiem. Na dzień przed wyprawą spotkaliśmy w mieście zagranicznych turystów, którzy przekonywali nas, że wszystkie bilety na weekendowe rejsy są już zarezerwowane. O dziwo, my nie mieliśmy żadnych problemów z kupieniem ich na drugi dzień. Pomogli nam w tym nasi couch-surfingowi gospodarze, u których nocowaliśmy. Jak to dobrze jest znać miejscowych!

Rejs wzdłuż rzeki trwał ponad trzy godziny. Na statku byli zarówno turyści, jak i okoliczni mieszkańcy wracający do swoich wiosek. Łatwo było ich odróżnić po staromodnych, wypełnionych zakupami torbach. Po pewnym czasie zza zakrętów zaczęły wyłaniać się łodzie i wraki statków. Oznaczało to, że dotarliśmy do celu.

Image

Podróż do innego świata

Ledwo wyszliśmy na ląd, od razu zostaliśmy zasypani ofertami przejażdżki motorówką w stronę rezerwatu przyrody. Ceny startowe zaczynały się od 200 lei (czyli ok. 200 zł) za dwie osoby. Trzeba było dobrze się targować, aby osiągnąć cenę na miarę studenckiej kieszeni. Łódkarze znali język angielski w stopniu „a little”, ale jeden z nich mimo to radził sobie doskonale. Kiedy w negocjacjach próbowaliśmy osiągnąć jak najniższą cenę, rozłożył szeroko ramiona i wymachując nimi w dół i w górę zawołał donośnie: „Pelikano! Pelikano!”. A kiedy znów zaproponowaliśmy niższą cenę ostentacyjnie zgiął łokcie i zamachał dłońmi: „Birdi! Birdi!". W końcu zrozumieliśmy, że nic już więcej nie utargujemy, ponieważ „birdi”, „pelikano” i inne cuda natury swoją cenę mają i płacić za nie trzeba.

Image 

Wyprawa motorówką była podróżą do innego świata. Jego bramy otwierała spoglądająca na nas z wyższością XIX-wieczna latarnia morska. Prawdziwa delta Dunaju zaczynała się tuż za nią. Przybrzeżna zieleń otaczała nas ze wszystkich stron. Z szuwar dobiegały odgłosy przyrody. Chwilę później spostrzegliśmy osławione „pelikano”, których wielkie, nieświadome niczego dzioby spokojnie przełykały wieczorny posiłek. Dalej labirynt dobiegał końca, a nasza łódź ruszyła pędem na otwartą wodę. Na skrawkach zieleni kołysanych przez fale „birdi” pilnowały swoich młodych. Odbijając bardziej w stronę szuwar znów natknęliśmy się na „pelikano”. Droga powrotna prowadziła przez mały kanał będący częścią wioski. Prawdziwa delta Dunaju żegnała nas widokiem przybrzeżnych chatek i ciekawskimi spojrzeniami miejscowych rybaków.

Image

Lady Gaga na plaży

Postanowiliśmy nie wspierać finansowo pensjonatów w Sulinie i wybraliśmy opcję spania na plaży. Nie mieliśmy ze sobą namiotu, ale nasi gospodarze z Tulczy zapewniali, że jedyne, co może nas niepokoić w tym wypadku to komary.

Od portu znad delty do żółtego piasku dzieliły nas trzy kilometry. Ruszyliśmy przekraczając opustoszałe miasto (malownicze domki, dwa przystanki, a nawet kilka małych bloków!). Na tych terenach o asfalcie nikt jeszcze widocznie nie słyszał. Drogi pokryte były piaskiem i kamieniami. Od czasu do czasu mijaliśmy plażowiczów wracających do swoich hosteli i samotnie wędrujące krowy. Jedna z nich przystanęła i z ciekawością zaczęła zaglądać do okna przydrożnej chaty.

Image 

Pod wieczór dotarliśmy na miejsce. Usiedliśmy na piasku i rozglądnęliśmy się dookoła. Plaża w Sulinie nie była duża. Wzdłuż lewej strony ciągnęło się kilka namiotów. Dookoła panował spokój. Uśmiechaliśmy się na samą myśl o tym, że jesteśmy w miejscu na wpół dzikim, nieskażonym doszczętnie przez widmo turystyki. W Sulinie czas się nie spieszył. Ludzie potrzebowali do szczęścia niewiele, swojskość górowała nad potrzebą wielkiego świata. Z zamyślenia wyrwały nas dobiegające z oddali znajome dźwięki. Spojrzeliśmy na siebie. Nie, nie możliwe! Lady Gaga?! Tutaj?! Na plaży w Sulinie? Na tym małomiasteczkowym końcu świata?! A jednak. Popularna melodia unosiła się złowieszczo lekko zagłuszana szumem morza, jakby chciała udowodnić nam, jak bardzo to miejsce jest na czasie. My jednak wiedzieliśmy swoje. Ulice pokryte piaskiem i kamieniami oraz samopasące się krowy były bardziej wymowne. Przykro nam Lady Gago.

Image

Przeminęło… z komarami

Nasze obawy spełniły się. Komary wprost nie mogły nacieszyć się naszą obecnością i lgnęły do nas jak dzieci do gwiazdkowego prezentu. Na domiar złego wszystkie posiadane przez nas środki ochronne okazały się niewystarczająco skuteczne. Późną nocą, gdy księżyc usadowił się już wysoko na niebie, udało nam się zasnąć. Noc trwała nadal, kiedy nagle obudził nas hałas. Podnieśliśmy głowy spoglądając w stronę, skąd dobiegała nas dziwna melodia.

To już nie była Lady Gaga. Raczej coś, co można określić mianem orientalnej piosenki biesiadnej. W odległości kilku metrów od naszego miejsca noclegu grupa miejscowych rozpaliła wielkie ognisko. Mrużąc rozespane oczy staraliśmy się przedrzeć wzrokiem przez ciemności na tyle, aby mieć rozeznanie, z kim możemy mieć do czynienia. Dookoła ogniska widoczne były sylwetki tańczących ludzi, a pozostali siedzieli na starym wozie. Wkrótce Słońce powoli zaczęło wschodzić, a ogień dogasać. W porannym świetle zagadkowi plażowicze zbierali się do dalszej drogi. My, usytuowani w głębi plaży obserwowaliśmy to niesamowite widowisko: wóz ruszał przed siebie. Przy wtórze orientalnej piosenki, puszczanej ciągle od nowa, ludzie szli brzegiem morza, krzyczeli i wołali. Być może zauważyli nas i chcieli abyśmy się do nich przyłączyli. My jednak, wbrew samym sobie, musieliśmy już żegnać się z tym uroczym miejscem. O siódmej rano odpływał do Tulczy jedyny tego dnia statek. Muzyka oddalała się, sylwetki ludzi powoli znikały nam z pola widzenia. Czuliśmy się jak w kinie, podczas oglądania dobrego filmu z chwytliwym zakończeniem.


Karolina Duszka

Image

Ceny

  • 1 lej = ok. 1 zł
  • Barwinek (postój tirów w przygranicznej miejscowości) - Bukareszt: 0
  • lei (20 godzin autostopem, 2 przesiadki)
  • Pociąg Bukareszt-Tulcza: 45 lei (bez zniżki studenckiej)
  • Rejs Tulcza-Sulina: 30-50 lei
  • Noclegi w Tulczy i w Sulinie: 0 lei (couch surfing, plaża)
  • Zwiedzanie delty łódką: 30-100 lei
  • Obiad w restauracji: 16 lei
  • Piwo w barze: 3,5 lei
  • Łącznie: około 200 lei na osobę (dwa dni w Tulczy, jeden w Sulinie)
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Top! Top!