
Jeśli wierzyć przekonaniu Roberta A. Heinleina, że człowiek powinien umieć zrobić wszystko, a specjalizacja jest dla insektów, to student jest wzorcem człowieka. Rozpoczęcie jakiejkolwiek przygody na wyższej uczelni oznacza perspektywę zdobycia co najmniej kilku nowych umiejętności i paru zawodów niezwiązanych z planowanym po studiach zajęciem.
Podstawowym problemem, z jakim spotyka się młodzian (rzadziej panna) w jakiś tydzień po przyjeździe na stancję/do akademika jest uporanie się z brudem wdzierającym się w życie wraz z opierzaniem się w dorosłości...
Trzeba nauczyć się być sprzątaczką, ewentualnie hodowcą boczniaków w brudnych garnkach. Do garnków trzeba coś włożyć. Tutaj przydatna będzie specjalizacja mistrza zakupów, który potrafi oblecieć pół miasta i za jedzenie na dwa dni zapłacić 10 zł, niespecjalnie przez ten czas głodując. Albo specjalizacja mistrza komplementów, który umiejętnie operując słowem skierowanym do zamożnych koleżanek, potrafi w tygodniu zjeść pięć, sześć obiadów poza swoim legowiskiem.
Częste podróże do rodzinnego domu (turystyka gastronomiczno-rabunkowa) mogą wyrobić mięśnie i kondycję, której nie powstydziłby się himalajski szerpa. W takim zdrowym ciele chętnie mieszka zdrowy duch. Przeważnie duch belfra-korepetytora, który rozjaśnia umysły tych panienek i chłopców, którzy postanowili nie spełnić pokładanych w nich nadziei i nie skończyć żadnej szkoły, oprócz szkoły smarowania się tapetą i jazdy na deskorolce. Albo duch kawiarnianego retora, mistrza argumentacji, ogniomistrza słów ponad czterosylabowych, któremu gdyby płacono za głoszenie swoich prawd, zostałby Kulczykiem braci oindeksowanej.
Planowanie wspólnych wydatków ze współlokatorami i dzielenie z nimi obciążeń pozwala zdobyć kolejne kompetencje i choć przez chwilę poczuć się jak policyjny negocjator.
Szkoda tylko, że wszystko to nie bardzo się przydaje studentowi, kiedy już musi wesprzeć swój portfel i w wolnym czasie poszukać jakiejś pracy zarobkowej. Przeważnie, póki nie zdobędzie większego doświadczenia, czeka go nudne, mechaniczne wykonywanie stale jednej i tej samej czynności. Składanie hamburgera, rozmowy telemarketingowca, siedzenie przy kasie w hipermarkecie. Cały czas to samo. Ale i to jest ważne, bo choć specjalizacje są dla insektów, to studia, oprócz czasu koncesjonowanej nieodpowiedzialności, są też okresem przygotowań do życia w ludzkim mrowisku. Dlatego niekiedy warto się wysilić, odłożyć piwo i zarobić na siebie. Studencie, pozwól się najeść swojej koleżance. A Ty, koleżanko, nie paś darmozjada!
Marcin Chmielowski