Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego
 
Start arrow Kiwi kiwi kiwi arrow Kiwi kiwi kiwi
Google
 
 
Kiwi kiwi kiwi Email
Oceny: / 7 KiepskiBardzo dobry 
Autor: Kaśka Nowak   
20.07.2010.

Na początku należy sobie postawić fundamentalne pytania: czym jest kiwi? A Kiwi? A kiwi fruit? A zatem: kiwi to niezwykle brzydki i nieśmiały ptaszek. Co go wyróżnia? Przede wszystkim fakt, że nie potrafi latać – ma tylko szczątkowe skrzydła, niewidoczne miedzy szaroburymi piórami. Jest niewielki, futrzasty, posiada krótką szyję, długi, cienki dziób i czteropalczaste, silne nogi. Niestety nie widzi zbyt dobrze, dzięki czemu silnie rozwinęły mu się zmysły słuchu i węchu. Jest grubiutki. Wygląda jak – powiedzmy to sobie otwarcie – ofiara losu. Frajer. Pomyłka natury. I właśnie chyba za te wszystkie cechy Nowozelandczycy tak bardzo go pokochali. No i na pewno za to, że występuje wyłącznie w ich kraju. Mało tego! Ten brzydal stał się symbolem tego niewielkiego państwa, a jego mieszkańcy na całym świecie są znani jako Kiwi. No i właśnie – Kiwi to pieszczotliwa nazwa Nowozelandczyka. A kiwi fruit to oczywiście niezwykle popularny i smaczny owoc kiwi, hodowany również w tym kraju i nieco podobny do ptaszka kiwi – też jest owłosiony i brązowoszarobury.

Image 

Jest na facebooku taka grupa „Człowiek człowiekowi wilkiem, a Kiwi Kiwi kiwi!”. Doskonałe, prawda? Nazwijmy tak i ten blog – w końcu każda twórczość pisarska to przede wszystkim zabawa językiem!… ale co mówicie? Że dziwna nazwa dla strony internetowej? A nie wspominałam, że na uniwersytecie w Auckland, największym mieście Nowej Zelandii, spędzę najbliższy semestr?

36 godzin filmów, Lady Gagi i kilku obiadów

Z Polski do Nowej Zelandii wyleciałam 11 lipca o 18.20, pierwsza przesiadka miała być we Frankfurcie na samolot lecący do Dubaju. Stamtąd do Sydney, a z Sydney wreszcie do Auckland. Po pierwszych dwóch godzinach lotu wyszłam na niemiecką ziemię z zamiarem jak najszybszego odprawienia się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i znalezienia jakiegokolwiek telewizora – za kilkanaście minut miał rozpocząć się finał piłkarskich Mistrzostw Świata! Tym, którym jakimś sposobem udało się zapomnieć o tym najważniejszym meczu, przypominał choćby pan z obsługi lotniska, z wetkniętą do kieszonki flagą Hiszpanii (przechodząc koło niego uśmiechnęłam się wyrozumiale, a on to odwzajemnił – uwielbiam przeżywać takie pozawerbalne zjednoczenie z zupełnie obcym mi człowiekiem – ten moment, gdy wytwarza się pomiędzy nami niewidzialna nić porozumienia, tworzymy swój własny mikrokosmos na płaszczyźnie jakiegoś konkretnego zagadnienia), albo pani ze stanowiska odpraw – wstążeczką obwiązaną wokół nadgarstka w żółto-czerwonych barwach, a także pan prześwietlający bagaże – z gatunku tych, którzy zwykle są bardzo szorstcy i strach się do nich odzywać. Tym razem sam mnie zagadnął pytając, za którą drużyną jestem. Szczerze mówiąc nie miałam swojego faworyta, mecz chciałam obejrzeć dla towarzyszących mu emocji.

Image 

Jednak cały czas, mniej lub bardziej, chciało mi się płakać. Podświadomość podsuwała mi różne wyobrażenia na temat miejsca, do którego jadę i samych okropnych ludzi, jakich z pewnością tam spotkam. Łzy kręciły mi się w oczach na samo wspomnienie pożegnania z mamą na lotnisku w Warszawie. I nagle, jadąc schodami w kierunku okienek odprawy powiedziałam sobie: Dość! Wyprostuj się, pierś do przodu, przyjmij niezwykle poważny wyraz twarzy, idź szybko i zamaszyście. Zrób wrażenie na tych facetach z obsługi stojących na dole!. Ich spojrzenia, pełne aprobaty i niejakiego zachwytu, od razu wprawiły mnie w lepszy nastrój. Rozpędziłam się aż tak, że prawie ominęłam moje okienka odpraw. Zatrzymał mnie dopiero widok nieeeeezwyyyykle długiej kolejki. Cała moja pewność siebie zniknęła jak za dotknięciem różdżki złej czarownicy – czekać w tym tłumie?! Ile?! Godzinę? Półtorej?! Chyba dosłownie i bardzo widocznie opadły mi ręce, bo od razu zagadnął mnie facet z krótkiej kolejki do informacji. Powiedział, że tu też można się odprawiać (Ufff, co za fart!). Oczywiście zaraz zaczęliśmy rozmawiać o zbliżającym się meczu, żartować. Martin okazał się być niezwykle sympatycznym, dwudziestokilkuletnim Niemcem podróżującym do Tajlandii w celach biznesowych. Gdy wsiedliśmy do samolotu, a był to Airbus A380, największy pasażerski samolot świata, i zobaczyliśmy wielkie telewizory przed każdym siedzeniem, nie mogliśmy opanować rozbawienia. Krzyknęłam: Łał! I mój uniwersytet za to płaci! (Dostałam stypendium na bilet). Niestety okazało się, że była to pierwsza klasa, a my mieliśmy fotele w ekonomicznej, również z telewizorami, ale nieporównanie mniejszymi.

 Image

Podróż do Nowej Zelandii minęła dziwnie. W czasie jej trwania zdążyłam wynudzić się na lotniskach, obejrzeć pięć filmów, zjeść ze cztery obiady, dwa śniadania, kilka lunchów i przystawek – a wszystko za sprawą ciągle zmieniających się stref czasowych. Wysłuchałam też najbardziej skocznych kawałków Lady Gagi, Michaela Jacksona i innych, w ich rytm podrygując na fotelu, niechybnie rozbawiając (szokując?) tym moich sąsiadów. A gdy wylądowałam już w Auckland, po 36 godzinach, wcale nie czułam zmęczenia. Podniecenie wzięło góre, i tym razem podświadomość podpowiadała, że niedługo wydarzy się coś niezwykłego. I to najpewniej nie raz!


Kaśka Nowak

 Image

 Image

 

 
« poprzedni artykuł
Patronaty
Politikon II
Rajd Politechniki
IAESTE Central
Dziewczyna miesiąca
AIESEC Charity
Make it green
 
fotografia slubna krakow
Kiwi kiwi kiwi
around
Ucz się języka!

 
Top! Top!