Autostopowe przygody
Idealny przepis na wakacyjną podróż dla studenta? Dużo wrażeń, jak najniższy koszt, mnóstwo nowych ludzi do poznania i ciekawych miejsc do zobaczenia. To wszystko da się połączyć w jednym słowie – autostop. Z Piotrem ustalamy ogólną trasę (Kraków – Wrocław – Berlin – Szczecin – Gdańsk – Warszawa – Toruń – Kraków), pakujemy plecaki i w drogę. Po godzinie zatrzymuje się opel astra. Kierowca jedzie do Wrocławia i chętnie zabiera nas ze sobą. Zamieniamy kilka słów, ale później nie odzywamy się już w ogóle, nauczeni doświadczeniem, że to ten, który zabiera na stopa, nadaje ton rozmowie.
Spoglądam na trasę przed nami i wyobrażam sobie, co nas może spotkać przez najbliższe dwa tygodnie.
– No, czemu mnie nie zagadujecie? – kierowca przerywa ciszę. – To po co ja was brałem?

Berlin, my, Reichstag i zasłużony odpoczynek
Autostopowa intuicja
Nasza podróż ledwie się rozpoczęła, a my już tkwimy gdzieś pomiędzy Lubinem a Zieloną Górą. Jest późne popołudnie. Mija godzina niestannego machania ręką – nikt się nie zatrzymuje. Mijają dwie kolejne – nikt się nie zatrzymuje! Robi się już ciemno i jeszcze, jak na złość, większość samochodów jedzie w przeciwnym kierunku. Zrezygnowani, ruszamy na pobliską stację benzynową, na której też, o zgrozo, nikt się nie zatrzymuje! I wtedy, nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, podjeżdża do nas zielony golf z dwoma „dresami” w środku.
– Dokąd chcecie jechać? Do Zielonej? Ha! Jak trafiliśmy! Chwila konsternacji: wsiąść, czy nie? Piotr jest zdecydowany, to nasza ostatnia nadzieja. Ja mam obawy, ale zresztą, już mi wszystko jedno, czy umrę ze strachu na odludnej stacji benzynowej, czy w samochodzie z „dresami”. Ostatecznie ładujemy się do golfa. Wbrew moim czarnym scenariuszom, atmosfera w środku jest bardzo miła. Rozmawiamy o podróżowaniu („Bałkany? A co to są Bałkany?”), a po godzinie bezpiecznie docieramy do celu.
Europejskie standardy
Jeden z autostopowiczów opowiada nam ciekawą historię: zatrzymany przez niego kierowca wytknął mu, że nie trzyma się europejskich standardów, po czym odjechał, zostawiając go samego. Europejskie standardy to nic innego, jak wielka kartka z nazwą miejscowości, do której chcemy jechać. Rzadko się do nich stosujemy, na szczęście przy wyjeździe z Berlina wysilamy się trochę i wypisujemy na wielkiej kartce nasz cel podróży: Stetin, czyli Szczecin.
Łapiemy, ale bez skutku. Ręka drętwieje, w głowie jedno wielkie o–co–chodzi? Po paru godzinach podchodzi do nas starszy pan w okularach. Pilnie przygląda się temu, co jest napisane na kartce, po czym odzywa się w taki sposób, że rozumiemy piąte przez dziesiąte:
– Nein... der Weg... Das ist falsh!
– Falsh?! Jak to falsh? Przecież to jedyna droga do Szczecina!
– Nein, nein, das ist der Weg nach Hamburg!
I wszystko jasne. Łapaliśmy stopa do Szczecina przed autostradą w stronę Hamburga. Błogosławione europejskie standardy, gdyby nie one, stalibyśmy tam pewnie do dziś.
Nasza radość jednak szybko gaśnie.
– Jak daleko do wyjazdu na Szczecin?
– Ooo, jakieś 9 kilometrów!
No pięknie! Najpierw tracimy tyle czasu w złym miejscu, teraz znów go zmarnujemy, aby dostać się na właściwą drogę. Pytamy naszego rozmówcę, jak tam dojechać. Starszy pan zastanawia się chwilę i poprawia okulary.
– Podejdźcie ze mną. Za zakrętem są ogródki działkowe, tam zostawiłem mój samochód. Podwiozę was.

Każdy środek transportu jest dobry
Wiatr we włosach
Na nadmorskiej drodze zatrzymujemy forda kombi. Mężczyzna w koszulce z Woodstocku wysiada z samochodu.
– Tam, kilometr przed wami też łapią. Ale ja wolałem zatrzymać się dla was – mówi, pomagając nam załadować plecaki do bagażnika. Dodaje też, że samochód ma złożone tylne siedzenia i będzie nam niewygodnie. Będzie, ale co z tego?
– Nie ważne jak, ważne, żeby jechać – stwierdza ostatecznie, uśmiechając się. Nie mamy co do tego wątpliwości. W dodatku szybko zapominamy o niewygodach, kiedy pan Woodstock puszcza stare muzyczne kawałki, a cały samochód bawi się w zgadywanie wykonawców i albumów. Niestety ford nie jedzie do Koszalina, a tego dnia jest to nasz cel. W połowie drogi opuszczamy pana Woodstocka i lokujemy się na przystanku autobusowym. Piotr zabiera nasze plecaki na bok. Spoglądam na kilkoro wpatrzonych w nas ludzi, którzy czekają na swój autobus i leniwie, od niechcenia wyciągam rękę.
Niezapomniane wrażenia
Zatrzymuje się pierwszy nadjeżdżający samochód. Nie posiadając się z radości, wsiadamy do środka. Srebrne bmw rusza z piskiem, zostawiając za sobą tumany kurzu i osłupienie na twarzach „przystankowiczów”. Po raz kolejny rozpoczynamy standardową rozmowę z kierowcą, który jest niewiele starszy od nas. Pytania te co zawsze: skąd jesteśmy, dokąd się wybieramy, gdzie nocujemy. Od samego początku jedziemy nieprzerwanie z prędkością 120 km/h. Pomiędzy kolejnymi pytaniami skierowanymi do nas kierowca jedną ręką wystukuje na telefonie czwarty w przeciągu 15 kilometrów numer. Drugą trzyma niezobowiązująco na kierownicy, wykonując ostry zakręt w prawo. Niemal w tej samej chwili wyprzedza samochód jadący przed nami. Wbijam paznokcie głęboko w siedzenie, a głowa drętwieje mi ze strachu. Cudem uchodzimy z życiem.
– Nawet ja się przestraszyłem. Co za wariat! – przyznaje nasz szofer, obracając się za siebie. – Ale zaraz, znam tę rejestrację! To był Maturka! Dzwonię do niego! Nasz kierowca po raz kolejny wystukuje numer, nie zmniejszając prędkości.
– Maturka! Tyś mnie prawie rozjechał! Ja tu siedzę teraz na poboczu i ledwo dyszę ze zdenerwowania! – krzyczy wesoło w słuchawkę, wyprzedzając jednocześnie ciężarówkę na podwójnej ciągłej. Oboje z Piotrem milczymy. Kolejne zakręty, podwójne ciągłe i komórka w nieprzerwanym obiegu dostarczają nam równie mocnych wrażeń. Do Koszalina docieramy o wiele szybciej, niż moglibyśmy sobie tego kiedykolwiek życzyć.
– Jak ja się cieszę, że żyję – to nasza pierwsza wspólna myśl. – Nigdy więcej autostopu – to druga. Ale jeśli chodzi o tę ostatnią, następnego dnia opuszcza nas bezpowrotnie.
Droga na południe
Po przejechaniu trasy wzdłuż Bałtyku obieramy kurs na Toruń. Zjeżdżając na mapie coraz bardziej w dół, powoli wracamy w nasze rodzinne strony. Na wylotówce z Torunia po raz pierwszy łapiemy coś większego niż samochód osobowy czy dostawczy.
– Nigdy wcześniej nie jechałam tirem – mówię podekscytowana, kiedy wsiadamy do środka. – To nie jest tir, to jest ciężarówka – uśmiecha się kierowca. Na trasie przez centralną Polskę autostopowy duch oszczędza nam również zbędnych przesiadek oraz czekania na okazję dłużej niż 20 minut. Dzięki temu do Warszawy, Łodzi i Kielc docieramy wcześnie, w godzinach obiadowych. Naszą autostopową metą jest Kraków.

Autorka reportażu na trasie
Zamiast namiotu… dach nad głową
Dzięki organizacjom zrzeszającym podróżników mieliśmy zapewnione noclegi u obcych ludzi. Owszem, mogliśmy zrobić sobie prawdziwy survival: zabrać namiot i sypiać pomiędzy gąszczem drzew a drogą szybkiego ruchu. My jednak wybraliśmy zupełnie inne rozwiązanie. Przez Couch Surfing i Hospitality Club w każdym mieście znajdywaliśmy ludzi, którzy przyjmowali nas do swoich mieszkań. Domowe warunki, czasem obiad czy kolacja (sic!), dach nad głową.
Mało tego – otwartość i serdeczność naszych „hostów”, gdzie bez wyjątku z każdym z nich, po 5 minutach znajomości rozmawiało się jak ze starym znajomym, czasem nawet nie zauważając, że jest już 3 w nocy i może warto byłoby iść spać.
Jest jeszcze jedna dobra strona. Nasi gospodarze pokazywali nam swoje miasta od kuchni. Dzięki temu znamy miejsce na sopockiej plaży, gdzie jest najmniej turystów, wiemy, gdzie w Toruniu usytuowana jest rezydencja Ojca Rydzyka i w które dzielnice Gdańska lepiej się nie zapuszczać. Takich informacji nie znajdziemy w przewodniku turystycznym!
Przez całą podróż zakładaliśmy z góry, że ludzie są dobrzy i pomocni. Nie pomyliliśmy się! W drodze otrzymywaliśmy przydatne informacje i rady: jak najłatwiej dostać się w dane miejsce, gdzie najlepiej stanąć, aby złapać stopa. Kierowcy, którzy nas wieźli nierzadko nadrabiali trochę kilometrów specjalnie dla nas.
Pozostaje tylko pytanie: jak się za to wszystko odwdzięczyć? Jest na to wiele sposobów: uśmiech, miła rozmowa, pomoc, wymiana doświadczeń, otwarty dom dla wszystkich podróżujących, zabieranie na stopa innych. A najlepiej wszystko naraz!
Karolina Duszka
Koszty
- Noclegi (2 tygodnie): 0 zł
- Transport (1500 km): 0 zł
- Komunikacja miejska: 30 zł/os
- Zwiedzanie miast: 40 zł/os
- Łącznie z jedzeniem: ok. 300 zł na osobę
Przydatne adresy:
- www.autostopem.net
- www.couchsurfing.org
- www.hospitalityclub.org
- www.servas.pl
- www.homelidays.com
Trasa (1500 km)
Kraków – Wrocław – Zielona Góra – Berlin – Szczecin – Koszalin – Gdańsk –
Toruń – Warszawa – Łódź – Kielce – Kraków