|
W Krakowie zakochałam się w IV klasie szkoły podstawowej, taki był jakiś przyjazny, magiczny, w gruncie rzeczy podobny trochę do Wilna. Imię: Alicija (Alicja)
Nazwisko: Malevska (Malewska) Miejsce urodzenia: Wilno Miejsce zameldowania: Wilno Uczelnia: Uniwersytet Jagielloński Oczy: zielone Wzrost: 1,76 m Cechy charakterystyczne: piękna, poprawna polszczyzna z uroczym wschodnim zaśpiewem Obywatelstwo: litewskie Narodowość:? — Nie, nigdy nie powiem, że jestem Litwinką! — mówi z ogniem w oczach Alicja. Po tej zawsze uśmiechniętej i łagodnej dziewczynie nie spodziewałam się takiej stanowczości.
— No więc Polką? — pytam nieśmiało. — Też nie — odpowiada, a widząc moją zaskoczoną minę, wybucha śmiechem i zaczyna mi tłumaczyć to narodowościowe zamieszanie.  Fot. Wojtek Kamiński
Fiat 126p i zakonnica na rowerze
— Kiedy byłam mała nie miałam wątpliwości co do swojej polskości. Każdemu mówiłam, że jestem stuprocentową Polką. Wiadomo, dla dziecka wszystko jest proste. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałam z rodzicami do Polski, do Olsztyna, do kuzynki mojego dziadka. Miałam 8 lat, szłam do komunii. Chyba dlatego w sklepach nie mogłam się napatrzyć na te wszystkie wianuszki, rękawiczki, sukienki. Na Litwie takich cudów jeszcze nie było. Nie było też fiatów 126 p, a tu co drugi samochód wtedy taki jeździł. Najbardziej jednak utkwiła mi w pamięci zakonnica na rowerze. Jak to, osoba duchowna, poważna, może na rowerze jeździć? Nie mogłam się nadziwić. To moje pierwsze wspomnienia z Polski i potem jeszcze ta duma, kiedy szłam do komunii i miałam najpiękniejszy w klasie wianek i rękawiczki. Do Polski jeździłam później już często z wycieczkami szkolnymi albo z rodzicami. W Krakowie zakochałam się w IV klasie szkoły podstawowej, taki był jakiś przyjazny, magiczny, w gruncie rzeczy podobny trochę do Wilna. Bo ja jestem Wilniuczką — dodaje po chwili zamyślenia.
Tajemnicze, pomarańczowo-zielone Wilno
— To cytat z Gałczyńskiego, bardzo lubię jego poezję. Potrafił, jak mało kto, opisać w niej magiczną atmosferę Wilna. Bo Wilno to nie Litwa. Wilno jest otwarte, tolerancyjne, wielokulturowe, a Litwa raczej homogeniczna. W Wilnie żyją obok siebie Polacy, Rosjanie, Litwini… Mówimy o sobie, że jesteśmy tutejsi, miejsce pochodzenia się nie liczy, bo tworzymy wspólnotę. Tak mnie wychowano, że czuję się spadkobierczynią Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Moja rodzina to kresowiacy, mamy nawet herb Jastrzębiec. Na Wschodzie byliśmy od zawsze, dlatego lubię powtarzać słowa piosenki zespołu „Raz, Dwa, Trzy”: „Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań”. Nie myślę wtedy o Karcie Polaka przyznawanej na 10 lat — dodaje ze śmiechem. — Myślę bardziej o takiej dawnej, polskiej dumie szlacheckiej z przynależności do Rzeczpospolitej. Wilno to mój dom, to całe dzieciństwo spędzone na podwórku blokowiska, gdzie królował język rosyjski. To polska szkoła z obowiązkowym językiem litewskim, to wreszcie znajomi, którzy podobnie jak ja, nigdzie, tak naprawdę, nie są u siebie…
Litwo! Ojczyzno moja!— No bo, jak tu być u siebie — dodaje po chwili milczenia — kiedy sami mówimy, że Litwa jest ojczyzną, a Polska macierzą. Polski jest moim językiem ojczystym, ja myślę po polsku, ale kocham Litwę i za jej mowę, i za dziedzictwo kulturowe, tak inne od słowiańskiego, i za przyrodę. Wspólnotę narodową z Litwinami czuję podczas wydarzeń sportowych. Kiedy jest mecz Polska — Litwa, to zawsze jestem za Litwą, bo mniejsza, słabsza, trudniej jej odnosić sukcesy. Nie lubię jednak, gdy traktuje się mnie jako cudzoziemkę. Ja przecież jestem stąd — dodaje z mocą.  Fot. Wojtek Kamiński Tutaj jestem, gdzie byłem, gdzie się urodziłem, tu się wychowałem i tutaj zostałem— To Grzegorz Turnau — wyjaśnia mi z uśmiechem. Te słowa są tak bardzo o mnie. Tak, wyjechałam na studia do Krakowa, do Wilna mam 14 godzin autobusem. Mogłam zostać w domu, tam też dostałam się na nauki polityczne, najbardziej prestiżowy kierunek na Uniwersytecie Wileńskim. Wybrałam Kraków, bo dla mnie przyjazd tu, to nie był żaden wyjazd za granicę. Tu również jest mój dom i kocham go tak samo jak Litwę. Dlatego nie lubię, jak mówi się o mnie „Ta Litwinka”. Na Litwie byłam „Tą Polką”. Myślałam, że jak już tu przyjadę, to szufladkowanie wreszcie się skończy. Na szczęście poznałam fantastycznych ludzi, którzy pomogli mi się zaaklimatyzować. Przez cztery lata dużo już tutaj zbudowałam, chociaż z drugiej strony, gdy wyjeżdżam z Wilna, za każdym razem czuję się rozdarta na kawałeczki. — Przyszłość? — pytam delikatnie. Alicja zamyśla się. Mija długa chwila zanim ponownie się odzywa. — Ideał to możliwość pracy wiosną w Krakowie, bo wtedy jest najpiękniejszy, a jesienią w Wilnie, bo o tej porze roku nigdzie nie jest tak czarująco. — Ale nie samą pracą człowiek żyje… — Ale jesteś dociekliwa — śmieje się. — No cóż, trudno mi sobie wyobrazić przyszłość u boku i Litwina, bo zawsze będę dla niego z mniejszości, i Polaka, bo dla niego będę mimo wszystko Litwinką. Najlepszy byłby Wilniuk, który rozumie ten cały mój bagaż kulturowy. Wiem na pewno, że ślub odbyłby się w kościele Franciszkanów, najpiękniejszym kościele Wilna, a potem, cóż, zawiesilibyśmy kłódkę na moście, jak robią wszystkie młode pary i… Zawiesza głos. — I…? — pytam. „Może lepiej by było, kto by to ocenił. Gdybym rzucił to wszystko, miejsce bycia zmienił. Mogłem jechać, wyjechać i stąd się oddalić. Ale jednak zostałem, z tymi co zostali. (…) Pomyślałem: to samo słońce wszędzie świeci, więc gdzie byli dziadkowie, będą moje dzieci.” — odpowiada ze śmiechem słowami swojej ulubionej piosenki Grzegorza Turnaua. Zofia Sawicka
|