O rzeczach przyjemnych myśli się rzadko
Było wysoko - wysoko i wąsko. Na zajęcia trzeba się było wspinać. Chociaż nie! Mieliśmy windę - malutką, stylową. Teraz już się takich w Krakowie nie znajdzie. Mieściło się w niej dwóch grubasów albo trzech chudych. Każdy rok miał jedną salę. Jak łatwo policzyć, były cztery. Tak naprawdę pomieszczeń było więcej, bo osiem. Nie ma nawet jak porównać mojej szkoły do dzisiejszego molocha?

Fot. Piotr Uss Wąsowicz
Zajęcia były morderczą harówką. Ciężko wtedy pracowałem. Nie miałem nigdy wątpliwości, czy to jest naprawdę to, co kocham i co robię dobrze. Najlepiej! Już zresztą w liceum czułem, że potrafię zaczarować słowem, a nawet trochę ogłupić. Zamiast zaliczać sprawdziany z rosyjskiego, obiecałem nauczycielce, że wyrecytuję wiersze czołowych poetów radzieckich. Moja interpretacja Majakowskiego została oceniona pozytywnie. Recytowałem z pasją - i po polsku. Wprawdzie złożyłem też papiery na filologię na Uniwersytecie Śląskim - literatura zawsze była mi bliska - ale nawet nie podszedłem do egzaminów. Na studia dostałem się z drugą lokatą. Przede mną był chłopak, którego nazwisko nic dzisiaj nie mówi. Problemy miałem w zasadzie tylko ze śpiewaniem. Nie byłem też dobry z zajęć ruchowych. Egzaminy z tych przedmiotów zdawałem na dostateczny z plusem. Trzy - żebym nie musiał powtarzać roku, plus za aktorstwo.
O dziwo bardzo dobrze pamiętam teksty, nad którymi pracowałem w czasach studenckich. Przecież potem grałem wiele ról, a niektóre z tych nowszych trudniej mi odszukać w pamięci. Studiując, uczyłem się rozumieć tekst. Pewnie dzięki temu rzetelnemu warsztatowi tak wiele pamiętam. Tekst, zanim się go pozna, rozłoży na części, jest jak leżąca, naga kobieta - całkiem bez szans. Nie chodziło o to, żeby klepać -Litwo! Ojczyzno moja!?. Trzeba się było zastanowić, czym jest ta Litwa, jaka jest. Przecież to nie jest moja ojczyzna, a jak nie moja to czyja i co to znaczy? Jestem jednym z tych nielicznych, którzy wiedzą, co szkoła im dała i że była potrzebna. Potem, gdy już się pracuje, dochodzi wreszcie do konfrontacji z czymś większym niż malutka sala ćwiczeniowa. Na to nie można się przygotować, ale nie dlatego, że tego nie uczą. To jest po prostu kolejny etap.
Z dużym szacunkiem i wdzięcznością wspominam profesor Ewę Lassek. Ona nauczyła mnie wszystkiego - jak stać, jak mówić. Nauczyła mnie, jak być aktorem. Sama była świetną aktorką i pedagogiem. Cały czas pracowała w Krakowie. Była ponad te wszystkie wyjazdy. Zależało mi na tym, by wiedziała, jak ciężko pracuję i że jestem w tym, co robię, naprawdę dobry. Moje najbardziej przykre wspomnienie z okresu studiów to uczucie niedoceniania przez panią Profesor. Miałem kolegę Jurka - prostego chłopaka ze wsi. Profesor Lassek uczyła nas wiersza. Pomagałem Jurkowi, żeby dobrze zdał egzamin. Byłem niezłym nauczycielem, skoro mój uczeń dostał plus pięć, a ja tylko pięć. Było mi przykro. Nie byłem zazdrosny ani zawistny. Ja Jurkowi dobrze życzyłem. Chodziło raczej o to, by w oczach mojego autorytetu być zawsze możliwie najlepszym. Okres studiów to nie tylko ciężka praca. Wieczorami bawiliśmy się w mieście w klubach, których dzisiaj już nie ma. Nie zdarza mi się siedzieć i rozpamiętywać tamte czasy. Nie brakuje mi koleżanek, które zresztą były świetne, nie tęsknie za studenckimi rozrywkami. Co było więc w tym okresie najwspanialsze? No właśnie ten czas. Młodość. Nie cofam się do tamtych chwil. Skupiam się na tym, co jest dzisiaj i teraz. O rzeczach przyjemnych myśli się rzadko.
Wysłuchała i zebrała Iga Bałos
Krzysztof Globisz - aktor, prorektor krakowskiej PWST. Laureat wielu nagród za kreacje teatralne i filmowe. Znakomity talent zademonstrował m.in. w roli głównego Anioła (na zdjęciu) w filmie 'Anioł w Krakowie'.