Studenckie życie to kilkuletni karnawał, czyli świat na opak. Przykład? Cała Polska myśli o wakacjach, które już za pasem, ale dla studentów właśnie zbliża się najbardziej pracowity okres w roku. Oczywiście, są tacy studenci, którzy nie studiują, tylko uczą się i pracują. Ci nie bawią się w karnawał i nie żyją na opak, tylko normalnie, jak stateczni, wąsaci posiadacze brzuchów i żon. Ale oni nie są ciekawi. Na każdej balandze zawsze znajdzie się ktoś, kto się nie bawi, kto podpiera ścianę. I raczej nie jest to ktoś interesujący, przynajmniej jako towarzysz do zabawy. Większość studentów żyje jednak według zasad studenckich, czyli nieznanych nigdzie indziej. A to oznacza postępowanie drogą łączącą reguły życia naukowca i menela. Kuli u nogi podatnika płacącego za nie zawsze niezbędną edukację i przyszłości narodu. Dużego dziecka i małej mądrali. Pracoholika (w sesji) i obiboka (poza nią). Tak dziwaczny, kulturowy konstrukt jakim jest student, musi mieć też inaczej zorganizowany czas. Przeważnie przepuszcza go przez palce, marnując niemiłosiernie, ale nawet to go męczy. Potrzebne są więc wakacje. Ale zanim one przyjdą, przeciętny student musi najpierw przeistoczyć się w pracoholika i chociaż próbować zaliczyć sesję. Stare wiarusy muszą za to przynajmniej próbować napisać prace magisterskie, co jest świetnym ćwiczeniem przed pisaniem podań o zasiłek w pośredniaku. Pod koniec czerwca, czyli na początku wakacji dla normalnych ludzi, studencka szajka jedzie okupować Wielką Brytanię, Norwegię i inne kraje, gdzie do mycia podług i talerzy zatrudnia się - podobno to o młodych Polakach - najinteligentniejszą młodzież świata. Dwa miesiące, a niekiedy dłużej, trwają takie zwyczajowe praktyki robotnicze, które co roku odrabia prawie każdy przyszły inżynier, językoznawca, politolog, biolog a obecny student.
Nie wszyscy studenci uczestniczą w wędrówce ludów, część z nich postanawia zainwestować w siebie i zrobić jakieś szkolenie. To zrozumiałe, przecież tysiące ludzi marzą o byciu przedłużeniami międzynarodowych korporacji. Chcą być kreatywni, elastyczni i odporni na stres. I tacy sami. A gdzie można się tego nauczyć? Najlepiej na szkoleniu z bycia robotem wbudowanym w szklano-betonową wieżę konformizmu. Taką tresurę najlepiej odbyć właśnie wtedy, kiedy normalni ludzie mają wakacje. Tyle tylko, że bycia kreatywnym, elastycznym i odpornym na stres można też nauczyć się wszędzie indziej niż na szkoleniach. I nic za to nie zapłacić. Co prawda, nie będzie na to papierka. I może to właśnie o to chodzi w powodzeniu szkoleń na szeregowców w armii globalizacji?
Tak czy owak, w pracy czy przygotowując się do pracy, z zaliczoną, do połowy zaliczoną lub wcale niezaliczoną sesją, studenci we wrześniu wracają do Krakowa. I zaczynają wakacje. Pogoda już co prawda nie tak piękna, ale ci, którzy dostali udarów podczas pracy w zachodnioeuropejskich szklarniach wcale nie tęsknią za upałami. Jest ładna, polska jesień. Początek wakacji to dokończenie sesji, powoli, nieśpiesznie. Przecież trzeba wypocząć po pracy. A potem? Do grudnia, kiedy to widmo sesji staje się coraz większe, trwają studenckie wakacje. Odnawianie znajomości, zawieranie nowych. Do połowy wakacji, czyli do listopada, piwo na miasteczku studenckim, może nawet grillowanie? Imprezy, towarzystwo. To są studenckie wakacje, które kończą się gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia. Bo wszyscy ci, którzy są jeszcze mentalnie przed jesienią życia, mają wakacje właśnie na jesieni.
Marcin Chmielowski