Jagiellońskie centrum językowe - Wakacyjne kursy językowe
 
Start arrow Kasia na walizkach arrow Niania w Paryżu arrow Znowu jestem wolna
 
 
Znowu jestem wolna Email
Oceny: / 6 KiepskiBardzo dobry 
Autor: Administrator   
15.04.2009.

Środa. 1 kwietnia. Pobudka o 6.40, dopakowywanie walizek, szybkie śniadanie, wyjście do pracy z ciężką torba na ramieniu pełną ciuchów. Dziś ostatni dzień pracy, opuszczam swoje maleńkie studio. I to, mimo że mamy Prima aprilis, też nie jest żart.

W środę czas do końca dnia odliczałam godzinami. Gdy rano, odbierając Violette z zajęć katechizmu, spotkałam koleżanki (tak, tak, au pairki – opiekunki Matisse’a, Ombeline, Pacome’a itd.), radośnie oświadczyłam: „Jeszcze tylko 8 godzin!”. Nie bez satysfakcji obserwowałam ich nieco zazdrosne spojrzenia.

 Image

Po południu, zamykając za sobą po raz ostatni drzwi od mieszkania rodziny D., poczułam ogromną ulgę, że przez cały ten czas dzieciakom nic się nie stało. Ani jednej połamanej nogi, wybitego oka, guza na czole... No nic! A tego obawiałam się w zasadzie zawsze, gdy z nimi byłam. Natomiast gdy Eglantine powiedziała do mojej następczyni – Ingrid, by rozpakowała zakupy, ja już podnosiłam prawą nogę, by udać się do kuchni. W ostatniej chwili zdałam sobie sprawę, że tym razem to zdanie nie zostało wypowiedziane do mnie. Wtedy naprawdę zrozumiałam, że zakończyłam pewien etap w moim życiu.

W czwartek obudziłam się w Neuilly, obok spała Aśka, w łóżku naprzeciwko Lidka. Zmęczone, bo przed 2.00 nad ranem wróciły z imprezy. Ja byłam w domu krótko po północy  – Ana i Carolina, z którymi tego wieczoru wypiłam lampkę białego wina na Montmarcie, miały rano swoje zajęcia – odpowiednio z aktorstwa i francuskiego. Sama zresztą również opadłam z sił, różne emocje nagromadzone przez 7 miesięcy nie rozmyją się w ciągu jednej  nocy... Zjadłyśmy śniadanie... Nie, nie. Ja wypiłam tylko herbatę. Dziewczyny w nocy skonsumowały całe mleko, które chciałam dodać do moich muesli... A lodówka kochanej Joanny, która zgodziła się mnie przenocować przez kilka ostatnich dni, niestety świeciła pustkami. Choć dzięki mnie, obie koleżanki się nawet najadły – przyniosłam od siebie 2 bułki i 2 pasztety. Mięso jem rzadko, więc te wspomniane pasztety przeleżały w mojej lodowce od wizyty mojego Taty w październiku (data ważności – 02.04.2011 – świeżutkie!!). A bułki – mimo, że powinny zostać podpieczone w tosterze (którego Asia nie posiada), to głodnym dziewczętom smakowały jak świeżutkie francuskie bagietki.

Po 13.00 one wyszły do pracy, a ja – pozwiedzać. Na dworze – jakieś 18-19 stopni. Słońce, bezchmurne niebo. Głęboko wciągam kwietniowe, cieple powietrze. Po francusku mruczę pod nosem J’y crois pas! (Nie wierzę!). Znowu jestem wolna.

Na cel mojego spaceru obrałam mało znaną, 19-stą dzielnicę – to tam, jako porzucone niemowlę, została znaleziona Edith Piaf (72, rue de Belleville), to tam znajduje się jej ulubiony lokal, działający do dziś – La Java (105, rue du Faubourg - du - Temple).

Wysiadłam z metra, zajrzałam do przewodnika, by sprawdzić, gdzie teraz powinnam pójść. Okazało się, że pomyliłam stacje, że wycieczkę miałam zacząć w innym miejscu... Przeglądałam książkę na zmianę z mapą, zastanawiając się, jak to teraz rozplanować. W pewnej chwili siedząca obok dwudziestokilkuletnia dziewczyna spytała się, czy może mi jakoś pomóc, czy czegoś szukam. Powiedziałam jej, że przyjechałam tu pozwiedzać i nie wiem, gdzie zacząć. A ona na to, ze jest paryżanką, ale też nie zna tej okolicy i przyjechała tu w takim samym celu. Czeka jeszcze na swojego kolegę, a ja, jeśli chce, mogę im towarzyszyć. Cóż za szczęśliwy przypadek!

Harisha, pochodząca ze Sri Lanki, mieszka w stolicy Francji od 6. roku życia – wraz z rodzicami uciekli przed wojną toczącą się w ich kraju. Jej babcia z tego samego powodu jest w Australii, a pozostali krewni rozsiani po innych kontynentach. Spędziliśmy we trójkę jeden z najmilszych dni, jakie spędziłam w stolicy Francji. Harisha była doskonale przygotowana do wycieczki, z Internetu przepisała plan, co należy i w jakiej kolejności zobaczyć.

Wąskie uliczki, pełne słońca, przenosiły do malutkich miasteczek z prowincji, a na jednej z tych głównych, handlowych, znalazłam wymarzone okulary przeciwsłoneczne. Mieliśmy też szczęście wpaść na lokal, w którym pewien rzemieślnik naprawia fortepiany, pianina. Wnętrze było tak urocze! Pełne starych klawiszy i książek, niewykorzystanych drewnianych  części, małych obrazków. A sam mężczyzna, być może zachęcony naszym zainteresowaniem, zaczął grać na lśniącoczarnym instrumencie jakąś wesołą melodię.

Ale w tej dzielnicy oczy i uszy trzeba mieć zawsze szeroko otwarte. Szerokim łukiem omijamy grupkę młodocianych Murzynów, wybieramy, akurat w tym przypadku bezpieczniejszą, ulicę. I przechodząc obok jednego z samochodów przez chwile czuję się jak w jednym z tych filmów gangsterskich czy hiphopowych amerykańskich teledysków. W  otwartej szybie starego bmw widzę wycelowany w moją twarz pistolet. Odwracam głowę, przyspieszam kroku i już nie odważę się jej odwrócić. W myślach powtarzam: Przecież to NA PEWNO była tylko zabawka!

Ten długi, (raczej) spokojny spacer dał mi wiele wytchnienia po 7 zupełnie innych miesiącach w Paryżu... Jednak dzień się jeszcze nie skończył! Jest dopiero 18.30, Aśka wraca z pracy, razem idziemy po zakupy. Obiecałam obu moim współlokatorkom, że jednego wieczoru sama przygotuję kolację – moją specjalność, tj. makaron ze szpinakiem (przepis jest bardzo prosty, na końcu artykułu go podaję).

Wróciłyśmy, za chwilę wpada Lidka. Nastawiam wodę na herbatę, Asia otwiera szampana... i dokładnie w tym momencie, kiedy korek wystrzela do góry, gaśnie telewizor, światło w łazience i pokoju. Zabrakło prądu. To wina tego korka? Uderzył w cos? – pytamy same siebie. Nie, korek jest w dłoni Aśki.

Zupełnym przypadkiem okazuje się zbieg tych dwóch zdarzeń  (sic!). Lidka wchodzi na krzesło, sprawdza korki. Naciska wszystkie przyciski, potem już chyba na ślepo, sądząc po częstotliwości uderzeń. Okej, po chwili zapala się telewizor, działa też kuchenka i niektóre kontakty w ścianach. Niestety, bojler do wody, toaleta, a nawet odpływ wody z wanny są na prąd. A tego akurat w łazience zabrakło... Dziewczyny myją tylko głowy, woda uparcie stoi. Stoi i stoi. Wpadam na szatański pomysł wylewania jej do ogrodu na szklanki. Nie znajduje poparcia.

Co robić?! Może pojedziemy się wykąpać do Lidki? Bez sensu. Jej studio ma 8 metrów kwadratowych. Jutro zadzwoni się po jakiegoś elektryka i już. Ale ta wizja braku kąpieli i niemożność załatwiania potrzeb fizjologicznych (no chyba, że w tym ogrodzie...) nie daje żadnej z nas spokoju.

Nagle Asia ma ideę – gdybyśmy miały przedłużacz, można by podłączyć kabel z toalety... TAK! TO JEST GENIALNY POMYSŁ! Jest tylko jeden mały problem – nie mamy przedłużacza. Mamy sąsiadów. (Jeden z nich już nas kiedyś zimą uratował, użyczając swego korkociągu – kupiłyśmy wino, zapomniałyśmy, że nie mamy czym go otworzyć). Pukamy do kolejnych drzwi. Dopiero trzy połączone ze sobą kable są na tyle długie, by od najbliższego działającego gniazdka dosięgnąć toalety. W mieszkaniu cały czas coś śmierdzi. W końcu Aśka podnosi czajnik. No tak.

Pomyliłam się. Jest aluminiowy, więc byłam pewna, że to zwykły czajnik na wodę. Ale on był elektryczny. Podpaliły się jego małe gumowe nóżki na spodzie. I jeszcze... jego kabel dotykał gorącego palnika, który stopił czarny plastik okalający całą instalację w postaci małych metalowych kabelków wewnątrz. Najprawdopodobniej właśnie to było przyczyną zwarcia. A potem okazało się, że nie mamy makaronu do mojego szpinaku. Lidka zapomniała siatek z jedzeniem od swojej francuskiej rodziny. Dobrze, że godzinę wcześniej z Aśką kupiłyśmy te bagietki i masło!

 

Przepis na makaron ze szpinakiem (od mojej nauczycielki hiszpańskiego)

  • 1 opakowanie (ok. 500g) sprasowanego, zmielonego i zamrożonego szpinaku, np. z Hortexu
  • 1 – 2 ząbki czosnku
  • 2 – 3 łyżki śmietany
  • sok z około pół cytryny
  • starkowany ser żółty
  • 0,5 - 1 opakowanie makaronu
  • sól, pieprz, vegeta do smaku


Czosnek podsmażyć na patelni z odrobiną oliwy/oleju. Dodać szpinak, mieszać, aż się rozpuści. Dolać śmietanę i sok z cytryny, przyprawić wg smaku. Makaron polać sosem,  posypać serem. Nie piszę: Smacznego!, gdyż według zasad konserwatywnego savoir – vivre’u, jest to niekulturalne. A smacznie i tak będzie.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Top! Top!