Przekraczając granicę chińsko-laotańską weszłam do świata dzikiej natury. Asfaltowa droga nagle stała się czerwoną błotną dróżką biegnącą przez środek dżungli. W powietrzu unosił się zapach biało-żółtych kwiatów pulmerii. W maleńkich trzcinowych wioskach pośród domków na palach tętniło życie. Kolorowo ubrane i przyozdobione metalową biżuterią kobiety przygotowywały posiłki i starały się zapanować nad umorusanymi dzieciakami, które krzycząc i śmiejąc się biegały jak szalone. Smagli mężczyźni na grzbietach słoni wybierali się do pracy w głębi lasu. Zauroczona tymi scenami żałowałam, że w tym kraju mogę spędzić zaledwie półtora tygodnia.

Trzcinowe domy w dżunglii
Od pierwszych chwil spędzonych w maleńkim miasteczku Na Teuy przekonałam się jak gościnni potrafią być Laotańczycy. Mijani ludzie miło się uśmiechali i każdy starał się choć przez chwilkę porozmawiać ze mną. Szybko znalazł się młody chłopiec, który znał angielski i postanowił być moim tłumaczem.
Zaproszono mnie do jednego z domów na nocleg i poczęstowano kolacją z ryżowym samogonem. Długo siedzieliśmy przy dźwiękach tradycyjnej muzyki, słuchanej z magnetofonu, delektując się smakiem najsłodszych jakie w życiu jadłam ananasów i rozmawiając z gospodarzami. Nad naszymi głowami, zwabione światłem, krążyły ogromne wzorzyste ćmy a po ścianach i suficie szybko biegały szaro-beżowe gekony. Było mi przykro, że miejsce to było jedynie postojem w mojej podróży.

Jedna z wielu złotych świątyń, z których słynie Laos
Po długiej i męczącej drodze w licznych tuktukach, czyli małych ciężarówkach służących jako miejscowy środek lokomocji, dotarłam do dawnej stolicy Luang Prabang, miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Usiadłam w kawiarence nad brzegiem Mekongu i popijając słodką mrożoną kawę oglądałam zachód słońca. Po chwili rozmarzenia ruszyłam na nocny targ. W świetle pergaminowych lampioników zachwycały kolorowe tkaniny, rzeźby i artystycznie zdobiona biżuteria. Nad targiem unosił się zapach pieczonych smakołyków - ciasteczek kokosowych, ryżu z warzywami, grillowanego mięsa. Atmosfery tego bazaru nie da się porównać z żadnym innym choć zapewne oferta sprzedających jest podobna.

Nocny targ rozświetlony pergaminowymi lampionikami
Zwiedzanie Laosu nawet w niedogodnych warunkach jest przyjemnością. Hojnie dostarczają jej malownicze krajobrazy, dzika przyroda i kuchnia laotańska. Przede wszystkim jednak przyjemnością jest obcowanie z miejscową ludnością. Może tę promieniującą radość z życia zawdzięczają filozofii theravady, a może po prostu czerpią ją każdego dnia z otaczającej ich natury.
Tekst i zdjęcia: Dominika Kustosz

Ceny Wiza turystyczna 14-dniowa: 25$ Przelot Warszawa - Vientian: ok. 3300 zł Nocleg: od 10 zł Jedzenie: ok. 5 zł za posiłek Przejazd tuktukiem: ok. 10 zł |