Powoli, powoli, wszystko będzie, jak Bóg da
Kiedy wysiadałam z samolotu na lotnisku w Damaszku czułam, że spełniają się moje marzenia. Roczne stypendium w Syrii było ukoronowaniem czterech pracowitych lat studiów na UJ. W końcu mogłam się przekonać, ile wart jest mój arabski.
Syria jest małym państwem rządzonym od lat przez rodzinę Asadów - zdjęcia prezydenta i jego syna wiszą w każdym możliwym miejscu. Wschód miesza się tu z Zachodem. Kraj ma posmak Orientu, jest jednak na tyle otwarty, iż mieszkaniec Europy może się w nim czuć swobodnie.
W ciągu dnia w Damaszku przebywa ponad 10 milionów ludzi, panuje tłok nie do opisania, dźwięk klaksonów zagłusza wszystkie myśli. Można dogadać się tylko po arabsku, ale w dialekcie syryjskim. Pełna nadziei udałam się więc do Instytutu, w którym miałam mieć zajęcia. W końcu nauczę się „mówionego arabskiego”, pomyślałam, ale na miejscu czekała mnie niespodzianka.

Zimą posądzano mnie o uprawianie najstarszego zawodu świata, za to w lecie awansowałam na turystkę&
Sukces z nutką goryczy
Zajęcia w Instytucie dla Obcokrajowców prowadzone są na sześciu poziomach. Uczą się w nim ludzie z całego świata. Chińczycy, Turcy, Malezyjczycy, mieszkańcy Bangladeszu i Pakistanu, to tylko część moich znajomych. Z niektórymi, przyznam szczerze, bałabym się wsiąść do samolotu. Nauka odbywała się na wysokim poziomie, niestety, tylko w języku klasycznym. Dialekt dla naszej profesorskiej kadry nie istniał. No, ale będąc na miejscu, trudno było nie skorzystać z pomocy rodowitych Syryjczyków. Po kilku miesiącach przebywania w ich towarzystwie problem sam się rozwiązał. Zaczęto mnie bez problemów rozumieć, odniosłam pierwszy sukces, choć przyprawiony nutką goryczy. W końcu odszyfrowałam sens uwag, którymi obdarzali mnie mężczyźni przy każdym moim wyjściu na ulicę. Powiem tylko tyle, zimą posądzano mnie o uprawianie najstarszego zawodu świata (jako że jestem mieszkanką Zachodu), za to w lecie awansowałam na turystkę.
Stypendystami opiekowała się polska ambasada. Dzięki niej udało mi się dostać na Wzgórza Golan, gdzie stacjonuje polski kontyngent wojskowy. Święto niepodległości czy Wielkanoc przeżyte w takiej scenerii pozostawiły niezatarte wspomnienia. Nie zapomnę także marszu przez pola minowe, a zwłaszcza momentu, kiedy nasi przewodnicy zgubili drogę. Powoli już żegnałam się z życiem, ale w końcu udało mi się w jednym kawałku dotrzeć na oznakowaną ścieżkę.
Bilety za grosze
Będąc w Syrii grzechem byłoby nie zwiedzić całego kraju. Przejechałam go wzdłuż i wszerz - bilety kosztują tam grosze, a standardów dróg i autobusów możemy im tylko pozazdrościć. Dotarłam też do Libanu i Jordanii. Wszędzie na swojej drodze napotykałam miłych i życzliwych ludzi, zawsze skłonnych do udzielania pomocy. Wśród nich czułam się bezpiecznie. Obrazy, które kreują media są mocno przesadzone. I choć pod koniec pobytu marzyłam o powrocie do kraju, to jednak teraz czuję ogromną nostalgię za wąskimi uliczkami Damaszku, pełnymi po brzegi kawiarniami, fajką wodną i poczuciem, że nigdzie się nie trzeba spieszyć. Powoli, powoli, wszystko będzie, jak Bóg da - mówią Syryjczycy. Oby dał wrócić tam jeszcze raz...
Zofia Siedleczka
Money, money, money Mieszkanie 2-pokojowe w centrum: ok. 300 dolarów miesięcznie Pokój przy rodzinie: ok. 100 dolarów Skromne utrzymanie: 100-150 dolarów Stypendium rządowe: 240 dolarów |