Na to co robi ludzie reagują zazwyczaj zdziwieniem. Patrzą na niego jak na wariata, ale wariata pozytywnego. Na rozmowę przyszedł w okularach bez jednego szkła. - Roztargniona Wrona! Usiadłem na nich!
Na co dzień można go spotkać gdzieś w mieście, na festiwalu lub warsztatach bajkoczytaczych, bo Bartosz Ignacy Wrona po prostu siada gdzieś na ławce i czyta?
Sam wymyślił bajkoczytacza, ale ludzie nazywają go inaczej: bajarz, bajkoczyt, bajkarz, bajkowicz, a nawet bajkościemniacz. Wydziera się tak, że słychać go z daleka. Wczuwa się w rolę tak sugestywnie, że ludzie przystają, słuchają, a czasem przysiadają na dłużej. W słonecznie dni słuchają go emeryci i dzieciaki, a o zachodzie słońca zakochane pary. Jest rozpoznawany.
- Największą radością dla mnie jest to, że ludzie się uśmiechają. Tak po prostu. Przystają z uśmiechem, szepczą, albo mówią te teksty na głos wraz ze mną ? mówi. Wymyślił to zajęcie kilka lat temu. Dwa lata temu zdecydował się przysiąść na krakowskim Rynku i spróbować. Czyta do dziś. Najchętniej w klubach i na festiwalach, bo na wolnym powietrzu zdarzają się problemy, na przykład ze Strażą Miejską. W czasie meczu o trzecie miejsce Mistrzostw Świata w piłce nożnej został wykrzyczany przez mieszkańca kamienicy pod którą czytał. Czasem zdarza się, że ktoś się naśmiewa lub wyzywa.
Najbardziej lubi Tuwima. Lubi czytać w Łodzi przy pomniku poety. - Tam nie potrzebuję publiczności. Czytam dla niego i z nim rozmawiam - deklaruje. Świetnie czyta się też dla obcokrajowców. - Ja nie rozumieć, ale mi się podoba ? -powiedział kiedyś Bartoszowi Francuz łamaną polszczyzną.
- Największą przyjemność sprawia mi, kiedy idzie ktoś zatopiony we własnych myślach. Spieszy się na ważne spotkanie i nie musi się nawet zatrzymać, ale w pewnym momencie ze zdziwieniem odwraca się, uśmiecha i pokazuje: jest OK.! Mam wtedy wielką frajdę - mówi Bartosz.
Czytanie bajek to za mało. Przy akompaniamencie bluesowym czytał akta z prokuratury (ukradziono mu dokumenty, a prokuratura umorzyła śledztwo). Deklaruje, że jest w stanie przeczytać książkę telefoniczną. Uczestniczy też w slamach poetyckich. Tam improwizuje, bo wierszy nie pisze. Pod Jaszczurami część publiczności krzyczała: Bartosz! Bartosz! Bartosz! Druga część gwizdała, rzucała papierami, krzyczała niecenzuralne słowa, ktoś nawet wpiął swój mikrofon na lewo i próbował go zagłuszyć.- To mi się spodobało, bo ta publiczność żyła! ? cieszy się Bartosz, który oprócz tego prowadzi warsztaty, na których można się nauczyć dykcji oraz zabaw słowem. Czuje się wtedy jak demiurg, bo najważniejszym i najbardziej widowiskowym elementem nauki jest chóralne recytowanie.