Jagiellońskie centrum językowe - Wakacyjne kursy językowe
 
Start arrow Kultura i rozrywka arrow Żeby było prawdziwie
 
 
Żeby było prawdziwie Email
Oceny: / 4 KiepskiBardzo dobry 
Autor: Administrator   
01.07.2008.

W naszej muzyce buntu chyba nie ma w ogóle. A jeśli jest jakaś nadrzędna idea, to właśnie taka: spotkać się, pomuzykować – ale przy tym chcemy być prawdziwi, nie wydziwiać. Nikt nie będzie sobie żył otwierać, żeby zostać zapamiętany - mówią członkowie zespołu Lao Che, Hubert „Spięty” Dobaczewski i Kuba „Krojc” Pokorski.


Z obu muzykami rozmawia Mateusz Zimmermam.

- Czy po wydaniu „Gospel” nadal Waszą szufladą jest brak szuflady? Nie da się Was zamknąć w trzech przymiotnikach?

KROJC: Nie da się nas opisać trzema przymiotnikami, tylko właśnie tym, że nie ma na nas przymiotników. Niby jest to nadal rockowa kapela, ale w wymiarze komercyjnym – może nawet pop? Sprzedaliśmy 15 tysięcy płyt – w naszych realiach to dużo, ale Feel sprzedało 100 tysięcy (śmiech).

Image
Krojc (Jakub Pokorski) Fot. Maciej Korsan
 

- Odbiór „Gospel” jest dla Was zaskoczeniem? Umiecie to jakoś odnieść do tego, jak przyjmowano poprzednie płyty?


KROJC: Według mnie „Gospel” już przeskoczył „Powstanie Warszawskie”. Także dlatego, że dotarł do większej ilości ludzi. To bardziej przystępna płyta i niesie bardziej uniwersalne treści niż poprzednia.


SPIĘTY: Naszej pierwszej płyty („Gusła” – przyp. WM) sprzedało się ze dwa tysiące sztuk, co jest wynikiem, no, andergrandowym. I wtedy sobie mówiliśmy: „zaszyjmy się”, zróbmy płytę jeszcze trudniejszą. Tak mówiliśmy wtedy o „Powstaniu” i dlatego jego odbiór potem tak nas zaskoczył. Teraz z kolei obawiałem się trochę, że dużo ludzi, którzy słuchali nas na etapie „Powstania”, nie złapie kontaktu z czymś innym, nie przyjdzie na koncert, nie kupi płyty… Spodziewałem się, że część starych słuchaczy odpadnie, a pojawią się zupełnie nowi - tymczasem te grupy się uzupełniły, poszerzył się horyzont. To chyba oznacza, że ten zespół dostał duży kredyt zaufania.

Żeby było prawdziwie
Od lewej Krojc i Spięty Fot. Arkadiusz Fudali

- A jak dziś sami siebie określacie na tle tego, co słyszycie w polskiej muzyce?


SPIĘTY: Ja nie umiem się umiejscowić, bo w ogóle niewiele słucham. Ale mam takie wrażenie, jak gramy na jakichś Juwenaliach, Woodstocku, festiwalu; po prostu tam, gdzie jest więcej kapel - że my tu nie pasujemy.


- Ale bez względu na czas i miejsce występu sprawiacie wrażenie, że czujecie się razem znakomicie na scenie, że jest świetny fluid między Wami. Kiedyś ktoś z zespołu powiedział w wywiadzie: „Najważniejsza jest wiara. Żeby coś zrobić, musi być wiara, zgrana ekipa, a nie lider i jego przydupasy”.


SPIĘTY: U nas jest taki właśnie „duch demokratyczny” – każdy ma swój  wpływ i swoją funkcję. Bywają kapele, w których ktoś mocno wyskakuje przed szereg; jest lider, czasem nawet autokrata. A my chcemy, i podczas tworzenia muzyki, i podczas jej przekazywania na scenie, wykorzystać energię każdego z nas. Słuchamy siebie nawzajem, stawiamy na taki klimat: żeby się dobrze ze sobą czuć, cieszyć się, że jest spotkanie, próba czy koncert.


- To jest właściwa recepta na robienie interesującej muzyki?


SPIĘTY: Kapele są różne, nie ma dwóch identycznych konstrukcji. Ale uważam, że zespół to takie małżeństwo - jak jesteś z kimś w związku i dobrze się w nim czujesz, to jest szansa stworzyć z tego jakąś inną, nową wartość: może po prostu nam będzie dobrze? Może pojedziemy nad morze? Zrobimy jakieś dziecko? No więc ta wibracja, która jest między nami, ma wpływ na to, jak nasza muzyka powstaje i jak jest grana.


- W przeciwieństwie do kolektywnego tworzenia muzyki w Lao Che, sto procent udziałów w tekstach ma Spięty. Utożsamiacie się z tym, co i jak pisze?


KROJC: Trzeba by spytać każdego z osobna, ale nigdy się nie zdarzyło, żeby któryś z nas powiedział: „Nie, nie podoba mi się”. A Spięty ma przy pisaniu wolną rękę.


- Spięty, te teksty to Ty? Narrator równa się podmiot?

SPIĘTY: Niekoniecznie. Ale też ogólny pomysł, założenie było takie, żeby teksty tym razem nie były „rzeźbieniem w formie”, żeby były mniej „kulturowe”, a bardziej intuicyjne i osobiste.


- A jaka jest waga tych tekstów? Człowiek, który pisze i śpiewa w rockowej kapeli, musi mówić o czymś ważnym?


SPIĘTY: Musi się starać powiedzieć prawdę. Jeśli idzie o rolę tekstu, to ja czuję tutaj na sobie taki „cień” polskich kapel zaangażowanych, z lat 80. W tym kraju najlepszy jest Kazik. Lubiłem kiedyś Maleńczuka, ale dzisiaj o nim myślę raczej w kategoriach utraty czegoś istotnego – zaczął się wygłupiać, bawi się z publicznością w jakąś grę, zjada rozumy, ale już nie mówi prawdy. Kazik niby teraz teksty ma gorsze, ale on się zmaga, po ludzku się rozwija, jest w tym jakaś naturalność, prawdziwość.


- W tym rozumieniu „Gospel” to płyta prawdziwa – ale powiedz mi, czy w sposobie, jakim ona mówi o religii, jest rodzaj bluźnierstwa? Gdzie jest dla Ciebie granica bluźnierstwa i czy sądzisz, że jako autor jej nie przekroczyłeś?


SPIĘTY: Był kiedyś przegląd filmów w Płocku i zobaczyłem na nim austriacki film „Upały”: Wiedeń, ciężka atmosfera miasta, kilka epizodów takich, że normalnie jak w pornosie… Jak wyszedłem z tego filmu, to sobie pomyślałem: kurwa, do czego to doszło! absolutnie nie można robić takiej sztuki! Ale kiedy już „zeszły” te emocje, to do mnie dotarło, że coś tam było pod spodem naprawdę – i już wtedy wydawało mi się mniej ważne, jakiego narzędzia reżyser użył. Zmierzam do tego, że nie wiem, gdzie kto sobie wyznacza granicę bluźnierstwa. I nawet nie wiem, jak jest z tym u mnie. Chciałem pisać tak, żeby to było prawdziwe.


- Wyłuskałem z tekstów na „Gospel” takie zdanie: „może Oko tylko mydli oko / I nawet nie należy do Polaka-katolika” – czy to jest zdanie-klucz do tej płyty, miara Twojego stosunku do religii?


SPIĘTY: Nie wiem - jestem z tą religią strasznie pogmatwany i pogubiony. Niby próbuję czasem do kościoła chodzić, niby mam ślub kościelny i uważam to za jakąś wartość, ale generalnie to mam z tym duży kłopot i się jakoś w tym katolicyzmie nie mogę odnaleźć. To, co napisałem na tę płytę, jest wyrazem tego pogmatwania.

Żeby było prawdziwie
Spięty (Hubert Dobaczewski) Fot. Arkadiusz Fudali

- Powiedzieliście o sobie, że jesteście rockową kapelą. Bierzecie coś dla siebie z rock’n’rollowego etosu? Jakiś bunt, niezgodę?


KROJC: W naszej muzyce to buntu chyba nie ma w ogóle. Z mojej perspektywy my się spotykamy na próbach dlatego, że umiemy i chcemy grać.


SPIĘTY: Jeśli jest idea, to właśnie taka: spotkać się, pomuzykować – ale przy tym chcemy być prawdziwi, nie wydziwiać. Myślenie o tym, żeby się płyta fajnie sprzedała, żeby ludzie słuchali, żeby przychodzili na koncerty, jest chyba normalne. Ale nikt nie będzie sobie tutaj żył otwierać, żeby zostać zapamiętany.


- Gracie coraz więcej, coraz więcej o Was słychać. Radzicie sobie z tą „trójpolówką”: rodzina, praca, granie? Jaka jest perspektywa dla Lao Che?


SPIĘTY: Bardziej chodzi o wybory między pracą a kapelą - ja mam poczucie, że ciągle muszę z czegoś rezygnować, a chciałbym grać i tylko grać. Nie da się udawać, że jesteśmy nastolatkami – regularnie gramy, wydaliśmy trzy płyty i zdarza się nam uderzać głową w ten sufit, że chcąc się nadal doskonalić jako muzycy, musimy poświęcić więcej czasu i energii. Potwór, z którym się ostatnio mierzymy, to właśnie perspektywa przejścia na muzyczny profesjonalizm.


KROJC: To teraz jeden z głównych tematów i znaków zapytania – dla zespołu i dla każdego z nas z osobna. Dla mnie po całym dniu pracy iść na próbę i móc zagrać to jest olbrzymia frajda i przyjemność. Ale też tak mi się w życiu poukładało, że strasznie dużo rzeczy mam teraz na głowie. I pojawiła się taka wątpliwość: czy by nie zostawić zespołu, żeby reszty chłopaków nie blokować – oni chcą grać sporo już jesienią, a mnie to w tym roku raczej słabo pasuje... Rozmawiałem też oczywiście z żoną, powiedziałem jej o tym, a ona na to: „No i co? Postawisz teraz ten dom i co będziesz robić w przyszłym roku? Przed telewizorem mi będziesz siedzieć?”.


Pełna wersja wywiadu jest dostępna na blogu autora:
www.depeszazimmermana.blox.pl

 Lao Che

Lao Che wyłoniło się w 1999 roku
z trzyosobowego składu hiphopowej grupy Koli.

Dziś Lao Che to siedmiu muzyków:

- Spięty (Hubert Dobaczewski) – wokal, gitara
- Denat (Mariusz Denst) – radiostacja, animacja
- Krojc (Jakub Pokorski) – gitara
- Rysiek (Rafał Borycki) – gitara basowa
- Wieża (Filip Różański) – instrumenty klawiszowe
- Dimon (Michał Jastrzębski) – perkusja
- Trocki (Maciej Dzierżanowski) – instrumenty perkusyjne.



 Wydawnictwa:
- Gusła (2002, SP Records)
- Powstanie Warszawskie (2005, Ars Mundi)
- DVD Powstanie Warszawskie (2006, Muzeum Powstania Warszawskiego)
- Gospel (2008, Opensources / Antena Krzyk



 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Top! Top!