|
,,Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu...” – twierdził reżyser Zagajny w ,,Misiu”. Twórcy polskich komedii romantycznych na pewno przyznaliby mu rację.
On – młody, piękny i bogaty. Mieszka w 4-pokojowym, luksusowym mieszkaniu w centrum Warszawy, z widokiem na panoramę stolicy. Jak na kogoś, kto jeździ najnowszym bmw, ubiera się w garnitury najmodniejszych projektantów i jada w najdroższych restauracjach, ma bardzo dużo wolnego czasu. Codziennie rano wykonuje zestaw morderczych ćwiczeń, uprawia jogging, by później zasiąść przy pełnowartościowym, zdrowym śniadaniu złożonym z kilku dań, które popija świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy. Słucha przy tym radia – w zależności, które zasponsoruje film – Zet albo RMF FM. Później jedzie do pracy, gdzie poznajemy jego kolegów: Luzaka-Podrywacza oraz Ekscentrycznego Samotnika w okularach. Rozmowę z nimi przerywa pojawienie się pozostającej w wolnym związku z naszym bohaterem ładnej, ale Wrednej Jędzy. Po kilku godzinach pracy, On opuszcza biurowiec i wraca do domu. Gdy zapada zmrok, nie może zasnąć. Rozmyśla. Choć odniósł tyle sukcesów, czuje, że czegoś mu w życiu brakuje. Ta pustka dręczy Go co noc. Wszystko ulega diametralnej zmianie gdy pojawia się...
Ona – tzw. Szara Myszka. Pomimo młodego wieku sporo już w życiu przeszła. Skrzywdzona przez nieudane związki z Niewłaściwymi Facetami, zaczyna wątpić czy znajdzie jeszcze takiego, któremu będzie mogła oddać swoje kruche serce. Ma jedną Zaufaną Przyjaciółkę oraz Zwariowanych Rodziców, których z emerytury stać na zagraniczne wakacje. W pracy, gdzie podobnie jak On spędza niewiele czasu, prześladuje ją Znienawidzony Szef. Mimo skromnych zarobków udaje jej się jakoś zamieszkiwać w dość dużym, dobrze urządzonym mieszkaniu i jeździć średniej klasy samochodem.
Oto jak ta historia potoczy się dalej: On się zakocha, Ona mu zaufa, On nadużyje tego zaufania, Ona się rozpłacze, On naprawi błąd i na koniec będą się całować przy akompaniamencie klaszczącego Piotra Rubika.
I tak, wykorzystując sprawdzone schematy, stworzyłem kanwę pod kolejną polską super produkcję, którą obejrzy 2 miliony widzów, a na twarde dyski komputerów ściągnie co najmniej drugie tyle. Mógłbym napisać kilka felietonów o nędznej i przewidywalnej fabule, przeraźliwie niezabawnym humorze czy drętwym aktorstwie Zakościelnego i, powiedzmy, Brodzik wcielających się w głównych bohaterów. Ale te wszystkie cechy komedii romantycznych są doskonale znane i opisane po stokroć razy.
To co jest najbardziej żenujące w tego typu produkcjach, to ich całkowite oderwanie od polskich realiów, wywołane bezmyślnym kopiowaniem amerykańskich wzorców (i tak przerysowanych do granic). Ciekaw jestem ile młodych osób o statusie materialnym głównych bohaterów znają scenarzyści? Ile takich osób jest w Polsce? Pięć? W kraju, gdzie 12% obywateli żyje poniżej minimum egzystencji, ponad połowa nie osiąga dochodów na poziomie minimum socjalnego, a pracy nie ma 11%?
Sytuacja w polskiej kinematografii to tylko wycinek znacznie większego procesu, który napędzają nie tylko twórcy szeroko pojmowanej kultury, ale również media i politycy. Polega on na systematycznym zakłamywaniu rzeczywistości, by społeczeństwo łatwiej akceptowało otaczające problemy, a odstępstwa od obserwowanych na telewizyjnych i kinowych ekranach obrazków traktowało jako nieistotne. Po obejrzeniu takiego ,,brain-killera” jak ,,Tylko mnie kochaj” czy ,,Mała wielka miłość” nic dziwnego, że zdecydowana większość Polaków jest zadowolona ze swojej sytuacji życiowej. Tak przynajmniej wynika z ,,Diagnozy Społecznej 2007”. Najwyraźniej nie przeszkadza im, że w niespełna 70% przypadków nie przekraczają średniej płacy krajowej, a w pracy – inaczej niż bohaterzy oglądanych filmów - spędzają więcej czasu niż obywatele wszystkich państw rozwiniętych świata, nie licząc Korei Południowej.
Zjawisko to przypomina trochę świat z ,,Roku 1984” Orwella, w którym totalitarny system karmił masy bezmyślnych ,,proli” kłamstwami na temat faktycznych warunków ich życia, zalewając ogłupiającą tandetą kulturalną określaną wdzięcznym mianem ,,prolżarła”.
Kiedy więc następnym razem zapragniesz zrelaksować się w kinie na ,,lekkiej i przyjemnej” komedii romantycznej rodzimej produkcji, zastanów się czy naprawdę chcesz zasilać rzeszę mentalnych niewolników. Już lepiej zostań w domu i pościeraj kurze z książek.
Przemysław Kornaś |