Ona
- Idziemy do LuLu - oświadczyłam mu.
- Co Ty tak ostatnio zdziecinniałaś? - popatrzył na mnie spode łba.
- Nie spać idziemy, tylko na kawe! Do LuLu, takiej kawiarni na Kazimierzu - zaczęłam tłumaczyć. Miał już chyba dość mojego mękolenia i ciągłego gadania, jaką lampę trzeba kupić, jaki obraz i kubki do kuchni. A to moje gadanie wzięło się stąd, że on wynajął sobie nowe mieszkanie, a w nim ani szklanek, ani talerzy, ani lustra. NIC dosłownie, trochę mebli i gołe ściany.
- Tam przecież świetną kawę robią w szklankach jak na puchary lodowe, tam przecież cicho i spokojnie, bez tłumów - tak go przekonywałam. W końcu zgodził się. Czapkę na oczy zasunął i podążyliśmy w zimowym wietrze na Kazimierz.
- Mieliśmy iść do kawiarni, a ty mnie po sklepach ciągniesz oczywiście! - oburzył się, kiedy zbliżyliliśmy się do LuLu.
- Obiecałam ci kawe? Więc nie marudź - odparłam. Weszliśmy do środka i od razu pokierowałam go na szarą kanapę stojącą przy wejściu.
Młoda dziewczyna przyniosła nam dwie latte, a ja rozpoczęłam buszowanie po sklepiku-kawiarni. On siedział na kanapie, a ja tylko donosiłam rzeczy, które wg. mnie pasowałyby do jego nowego lokum. Czułam się jak akwizytor prezentujący sprzęt, który ma do sprzedania… z przodu, z tyłu, z boku, zachwalałam kolor, materiał, cenę pozostawiając na sam koniec… Różowa lampa - nie będzie miał różu w mieszkaniu. To może biała? Szare kubki - mogą być, kubki to kubki przecież. Czarna szafka - trochę droga, no droga… ale taka ładna.
Do tego korale dla mnie, książeczka dla siostrzeńca, bo okres świąteczny się zbliża, cudny chiński czajnik na herbatę dla mamy, gazetownik dla ojca, dla siostry kolczyki…
Bilans wyjścia:
Ja zadowolona, bo akcesoria domowe kupione i nawet prezent dostałam. On też szczęśliwy, bo za jednym wyjściem ma z głowy meblowanie mieszkania, kupowanie prezentów i obdarowanie mnie małym co nieco. No i ta pyszna kawa na deser. Babski cud, nie kawiarnia!
On
Nareszcie znalazłem nowe lokum, trzy tygodnie szukania i jest: duże, przestronne, z oknami wychodzącymi na Wawel. Cudo po prostu!... I zaczęła się katorga, bo Ona musi mieć wszystko pod ręką, a i tak z połowy rzeczy nie korzysta. Jemy na dwóch talerzach, więc po co sześć? To samo ze sztućcami itd. Pod koniec tygodnia już miałem serdecznie dość i Ona to chyba zauważyła, bo ciągnie mnie gdzieś na kawę. No dobra, niech będzie. Zimno, plucha, ale się poświęcę. Dochodzimy do jakiegoś sklepu - o zgrozo, zdrada!
Patrzę na nią z wyrzutem, ale jak ten osioł idę dalej. A tu niespodzianka, faktycznie kawiarnia i sklep w jednym. No dobra, sprytu jej nie brakuje - pomyślałem i to oznaczało mój koniec, bo zanim przynieśli kawę to na stoliku były kubki, talerze, lampa i oczywiście dziesiątki dobiazgów, które oczywiście do niczego się nie przydadzą. Straciłem już nadzieję, ale wtedy Ona zrobiła to co robi zawsze, gdy widzi moją zrezygnowaną minę, usiadła mi na kolanach objęła rękami... i już nie miałem ochoty na żaden nieprzyjemny grymas...Tylko kawa wystygła.