Rozmowa z Pawłem Starzyckim, tegorocznym absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego

— Na czym jeździsz?
— Na Moto Guzzi Nevada 750.
— Dlaczego właśnie ten model?
— Szukałem motocykla choppera, cruisera o określonych parametrach: poniżej 50 koni mechanicznych oraz trochę większego od mojej pierwszej Yamachy Virago. W którymś komisie zobaczyłem Moto Guzzi, początkowo nie byłem przekonany do zakupu, ale wszystko zmieniło się, gdy usłyszałem dźwięk silnika.
— Większość użytkowników motocykli w Polsce wybiera produkty japońskie. Podobne są bardziej niezawodne od włoskich…
— Produkty japońskie są perfekcyjnie zestrojone i przygotowane, ale nie mają duszy.
— Kiedy kupiłeś Nevadę?
— W 2002 roku po sezonie, wcześniej przez rok jeździłem na Yamasze.
— Dlaczego zdecydowałeś się na takie hobby? Czy nie lepsze są np. skoki bungie, dostarczają również sporo adrenaliny?
— Nie jestem przekonany, czy chodzi tutaj o adrenalinę...
— Może o kobiety?
— (Śmiech) Tak, przyjemnie jeździ się z tzw. plecaczkiem z tyłu. Lecz przyjemne jest też doznanie oderwania od rzeczywistości, wsiadasz i zostawiasz z tyłu wszelkie kłopoty i trudności. Oczywiście jako dziecko byłem zafascynowany mitem „Easy Ridera” — totalnej wolności — który u nas jest niemożliwy przez jakość polskich dróg.
— Czy motocykliści to szaleńcy, dawcy?
— Hm… W środowisku jest wiele osób nieodpowiedzialnych, podobnie jak wśród kierowców, lecz myślenie o motocyklistach jako dawcach jest niezwykle silne. Jeśli ktoś nie porusza się „puszką” z poduszkami powietrznymi i wieloma systemami bezpieczeństwa uchodzi za lekkomyślnego. Zawsze podkreślam, że motocykl jest pojazdem, którym łatwiej uniknąć niebezpieczeństw. Choć nie twierdzę, że motocykl jest bezpieczniejszy. Zapewnia on szybsze poruszanie się w miejskich korkach, dodatkowo można w niektórych sytuacjach uchronić się przed kolizją, jadąc poboczem.
— Brałeś udział w jakieś kolizji?
— Tak, była mgła, fatalna widoczność, samochód nie jechał właściwym pasem jezdni i… przeleciałem nad maską samochodu, miałem wielkie szczęście. Zawinił kierowca samochodu.
— Jak traktujesz swoje hobby? Jako sport, rywalizację z innymi na drodze?
— Niezupełnie. Gdybym postrzegał to jako sport, to dążyłbym do kupna lepszego, mocniejszego modelu. Jestem zwolennikiem średnich motocykli i pragnę przyjemnie spędzać czas, jeżdżąc najchętniej w towarzystwie kobiety.
— Z jakimi rodzajami zagrożeń najczęściej spotykasz się na drodze?
— Hm… obawiam się kolein, niekiedy uniemożliwiają one wykonywania manewrów. Dodatkowym zagrożeniem pozostaje żwir lub plama oleju, często takie atrakcje czekają na motocyklistę za zakrętem. Na taklich drogach należy poruszać się nieracjonalnie wolno, niemal jak sprzęt rolniczy. Jazda zamiast być przygodą i radością zamienia się w udrękę. Oczywiście nie można zapominać o innych użytkownikach dróg, którzy motocyklistów po prostu nie widzą.
— Jaki apel wystosowałbyś wobec innych użytkowników dróg?
— Szanujmy się na drodze.
— Czy bierzesz udział w zlotach? Uczestniczysz w imprezach rozpoczynających sezon?
— Staram się w okresie Wielkanocy poświęcić jajka na motocyklu. Uroczystości mają miejsce w Ojcowie, z roku na rok przybywa miłośników dwóch kółek, w tym roku było 200 motocykli. Otwarcie sezonu zależy od tego czy mam czas. Nie preferuje dużych imprez, wybieram raczej kameralne spotkania w gronie znajomych.
— Na koniec opowiedz o swoim motocyklowym marzeniu.
— Myśli krążą blisko Harleya, ale raczej pozostanę wierny Moto Guzzi. Jestem bardzo przywiązany do tej marki, lubię to w jaki sposób mój motocykl ze mną rozmawia. Produkcję japońską wykluczam, tam nie ma tej duszy samuraja, może w mieczach, ale na pewno nie w motocyklach. Bliskie mi są również motocykle rosyjskie, także bmw, choć nie najnowsze modele.
Maciek Zborek