„Emotional hardcore” — od tego się zaczęło. A później było już tylko gorzej.
O czym mowa? O Emo. Na pewno już ich spotkaliście. Być może ich „pierwszy rzut” pojawił się już wśród studenckiej braci.
Jak wyglądają? Oryginalnie — to zdecydowanie za łagodne określenie. Zacznijmy od stóp. W kolorowych, hip-hopowych tenisówkach lub trampkach do kolan, sporadycznie w glanach. W spodniach rurkach lekko zwisających na tyłku lub — w wersji żeńskiej — w spódniczkach mini, też w połowie pośladków. W pasie zwykle łańcuchy i parciane lub ćwiekowane paski. Na górze bluza, zwykle w czaszki lub inne małe wzorki i t-shirt z krzykliwym dużym napisem np. „haters make me famous”.
A co do głów… Twarzy Emo prawie nie widać, zakrywa ją bowiem grzywka. Ale ta część, którą przeciętny przechodzień dostrzec może, zwykle zdumiewa. Spod wyżej wspomnianej już grzywki mruga do nas emooko przydymione czarnym cieniem, z dolną powieką podkreśloną czarną kredką. Do tego upiorna bladość lica, co czyni ich nieco podobnymi do fanów gotyku.
Włosy najczęściej nastroszone, półdługie, niezależnie od płci czy orientacji danego osobnika. Emopaznokcie są zawsze pomalowane ostrym kolorem, ponieważ jak piszą Emo, lakiery bezbarwne są dla dziesięciolatków.
Za naszych czasów… Emo sprawili, że poczułam się staro, bo ich nie rozumiem. Emo nie mają płci, wszyscy malują powieki i paznokcie, wszyscy czują się nierozumiani przez społeczeństwo i wszyscy wyglądają tak samo. Atak emoklonów wydaje się przerażający, bo nie zauważają oni jak bardzo są groteskowi, a upodabnianie się do siebie mylą z indywidualizmem. Emo twierdzą, że są oryginalni, ale zebrani w jednym miejscu tworzą czarną, jednooką maź. I wszyscy twierdzą, że w Emo nie chodzi o wygląd tylko o wrażliwe odbieranie świata.
To fashion hardcore. To unisex hardcore. To silly hardcore. I wychodzi na to, że jestem kolejną „hater”, który czyni ich sławnymi.
Monika Jurczyk
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.lookbook.pl