|
Święta minęły już jakiś czas temu, a jednak jak rodzina podniesie na duchu, tak nie można przestać o tym myśleć. Rodzina moja czy Jego, na tym etapie znajomości nie ma to większego znaczenia. On oczywiście w dyskusje wdawał się nie będzie, a w dyskusje dotyczące, jak to określił, UBRAŃ, to już tym bardziej. Tyle tylko, że to nie o zwykłe ubranie chodziło…
Leniwe popołudnie Wielkiej Niedzieli miało być właśnie leniwe. Leniwie miałam wstać, leniwie doczekać do godzin wiosennie popołudniowych, może spacer, może leżak na balkonie-korytarzu, pod kocem wprawdzie, bo ta wiosna to jeszcze nie taka prawdziwa do końca. A tu zadzwoniła Mama Jego, że przyjeżdża, ciasto upiekła, Święta w końcu, a my tak się izolujemy, sami siedzimy, odludki. Popatrzyłam na Niego błagalnym wzrokiem słysząc urywki rozmowy, ale już czując, co nastąpi za chwilę. On spojrzał na mnie i gdy skończył rozmawiać powiedział jedynie. - Przecież wiesz, jaka ona jest. Nic nie mogłem zrobić. Uparła się, że przyjedzie i tyle. Co? Miałem jej powiedzieć, że nie chcemy się z nią widzieć? No nie. Tego nie powinien mówić. Zresztą ona, co przyznaję uczciwie, jest i miła, i sympatyczna. Tyle, że jako matka jedynaka, uwielbia Go ponad wszelką miarę, a ja, jako dziecko z wielodzietnej rodziny, myślę sobie, że to nie do końca zdrowe jest i dla niej, i dla Niego, a pośrednio i dla mnie też, bo walczyć muszę potem z tym jego jedynakowskim podejściem do życia.
Przyjechała. Na balkonie-korytarzu siedzieć nie chciała, bo zimno, bo sąsiedzi patrzą, bo kawa szybko stygnie… Ciasto przywiozła, dobre. Telewizor włączyła, bo serial ulubiony miał być. Ja tylko oczami przewracam, bo choć pogoda nie dopisała w te Święta, to i tak na balkonie-korytarzu pod kocem lepiej siedzieć niż przed TV. No ale w końcu to Jej ulubiony serial… - A ta Kasia, z tego serialu, to już, już za mąż ma wychodzić, a ten łobuz jeden z drugim takie świństwo jej zrobili, że biedaczka nie wie teraz, co ma począć – zaczęła swą opowieść Mama Jego, żebyśmy wiedzieli, o co chodzi. - A jej matka, wyobraź sobie – wyobrażam, wizualizuję – rozwiodła się po 35 latach, przez co ten Janek, jej mąż, o ten, ten w zielonej koszuli, wpadł w alkoholizm, a ta baba wstrętna jeszcze go z mieszkania wyrzuciła…
Przerwa na reklamy ratuje mnie. Już nie ma bohaterów serialu, o których Ona mogłaby mi opowiadać. Udaję bardzo zainteresowaną nowym szamponem marki XX do włosów przesuszonych na końcówkach i przetłuszczających się u podstawy. Kiedy nagle Ona mnie atakuje: - Wiesz, bo widziałam się ostatnio z córką Krysi, wiesz, tą co jest siostrą Zosi, tej mojej sąsiadki z siódmego piętra – zaczyna mi tłumaczyć. Przytakuję dla świętego spokoju, choć nie mam pojęcia, o kogo chodzi – i ona wyszła za mąż w zeszłym roku we wrześniu. Tak, piękny był ten wrzesień. No i ona ma do sprzedania suknie. Piękna jest. Widziałam na zdjęciach, cała w koronkach… No i ja tak sobie pomyślałam – zaczyna nieco nieśmiało. - Nie jestem zainteresowana – podpowiadam podejrzewając co za chwilę nastąpi. - Ale te koronki – nie daje za wygraną Ona – i niedrogo chcą sprzedać. Taka okazja już się nie powtórzy. - Nie jestem zainteresowana! – podnoszę głos, choć nie do końca zdaję sobie z tego sprawę. Patrzę na Niego, pomocy szukam, ale On mamie się nie sprzeciwi przecież. Zostaję sama na polu boju. - Z Wami to taka rozmowa jest – mówi Ona bardziej do siebie niż do któregoś z nas. – Nie jesteście zainteresowani? A kiedy będziecie zainteresowani, co? – wyrzuciła ze złością i zaczęła zbierać się do wyjścia. - Mamo – zaczął On – nie denerwuj się. - Teraz to mamo, mamo! Ja babcią chcę być, a wy jacyś tacy niezdecydowani jesteście. Kiedyś to się człowiek żenił, dzieci mu się rodziły i tak się żyło, a wy co? Szkoda gadać – powiedziała z żalem i ruszyła w stronę drzwi. - Nie denerwuj się i chociaż zostań na końcówkę serialu – chcąc ją udobruchać powiedział On.
- Chociaż w tych serialach trochę życia prawdziwego jest. Śluby, chrzciny… a u nas, co? – mówiąc to wyszła, a my obejrzeliśmy to życie prawdziwe do końca odcinka 1538. Nagle telefon. To Ona. Ze mną chce rozmawiać. - Ja cię przepraszam serdecznie, ale jeszcze jedno muszę ci powiedzieć – zaczęła raczej nieśmiało – a raczej poprosić cię muszę… - Tak słucham – odparłam zdziwiona. - Bo ty mi w czynie społecznym musisz choć jedno dziecko urodzić! – mówiąc to wyłączyła się. No jeśli w czynie społecznym, to urodzę, pomyślałam sobie. |