|
Autor: Anna Dziewit
|
|
29.09.2006. |
Tak oto minął mi pierwszy w życiu rok bez uprawnień do zniżkowej jazdy komunikacją miejską i bez możliwości wchodzenia wszędzie na ulgowe bilety, rok bez dokumnetu poświadczającego, że jestem jeszcze młoda i fajna. Można przywyknąć, szczerze mówiąc.
Właśnie z okazji rocznicy nie bycia studentem chciałam się podzielić moimi wspomnieniami z czasów zamierzchłych, kiedy to pierwszy raz przestałam mieszkać z mamą i tatą i stałam się super samodzielną studentką pierwszego roku. A było to doświadczenie bolesne.
Chaos organizacyjny pierwszego miesiąca zajęć przyprawiał mnie o palpitacje i silną melancholię za prostszym życiem bezpowrotnie utraconym. Biegi na czas między fatalnie zorganizowanymi zajęciami, odbywającymi się w różnych sprzecznych punktach miasta, ukształtowały nie tylko moje zgrabne łydki, ale i pewną niezłomną wiarę w to, że chcieć to móc, a czas i przestrzeń zaiste bywają względne.
W pamięć silnie wryły mi się również środowe wykłady dla zbioru 200 studenów pierwszego roku, organizowane w krakowskim Solvayu, z braku sali w centrum, z braku kampusu i braku rozsądku.
9-godzinne czynienie notatek w starej sali kinowej, bez ławek, ale za to również bez ogrzewania, zahartowało mnie i uczyniło twardą jak stal z Nowej Huty. Wspominać będę także genialny w swej prostocie zakaz przynoszenia kser z niezdobywalnych podręczników na zajęcia z historii powszechej XX wieku, co skłaniało nas do przepisywania ręcznie treści owych książek w podpunktach. Warto również powrócić wspomnieniami do histerycznej atmosfery podsycanej przez wielu wykładowców straszących mękami Tantala na egzaminach, relegacją ze studiów i wizją poniewierki po śmietnikach Krakowa, życiorysu złamanego, karku pochylonego, oddechu nieświeżego.
Tymczasem - i tu mój starczy wzrok kieruję na wszystkie krakowskie świeżynki studenckie - wszystko to jest tak trwałe jak numer telefonu na pudełku zapałek. Kto wie z czego to cytat, tego witam w Krakowie jeszcze serdeczniej. Bon apetit, bonne chance, bonjour… |