Ostatnimi czasy, po wysypie niedorzecznych gniotów od których mózg się marszczył, nasze kina zapełniły się filmami o kilka klas lepszymi, które nie dość, że są dobrym powodem, żeby w piątkowe popołudnie wyjść z domu, to jeszcze pozostawiają po sobie malutki kawałek w czymś, co z braku lepszego słowa można nazwać duszą. Udało mi się w tym tygodniu zobaczyć cztery filmy i każdy w jakiś sposób mnie zachwycił.
We wspomnianym tygodniu miał swoją premierę obraz Zacka Snydera, oparty na „Powieści Graficznej” Franka Millera pod tytułem „300”. Przyjmując optymistyczne założenie, że przeciętny polski widz posiada iloraz inteligencji na poziomie Tic-Taca i to w dodatku do podziału z rodziną, dystrybutor wyjaśnia nam w polskiej wersji tytułu, że chodzi o trzystu Spartan, obyśmy, broń Boże, nie pomyśleli, że to cena biletu, albo godzina projekcji, co mogłoby nasz już całkowicie skonfundować.
Otóż „300” Spartan opowiada każdemu znaną historię Leonidasa (Gerard Butler) i jego kumpli, którzy pokazali perskiej armii, że wojna to nie jest łatwe zajęcie - szczególnie, jeśli umięśniony Spartanin właśnie odrąbał ci nogę. Film stawia na plastykę i pompatyczne przemowy – na krzyk wojownika i szczęk stali – próżno rozglądać się za zgodnością z historią, czy choćby z komiksem, którym film był inspirowany. Próżno szukać fabuły – ot, film opowiada o trzystu chłopa, którzy spuszczają straszny łomot ludziom noszącym kolczyki – to nie fabuła, nie ma się co oszukiwać.
Na szczęście jednocześnie film sprawia, że chcesz rzucić filologiczne studia, przestać programować i stanąć z zaostrzonym kijem u wejścia wąwozu. Niesamowita plastyka bitwy, połączona z porażającą oprawą muzyczną, sprawia, że ostatkiem sił powstrzymujemy się, żeby nie wyrwać poręczy z foteli i nie zatłuc biletera, tylko dlatego, że jest zepsutą perską świnią i kala swą obecnością godną chwały Spartę.
Przytłaczające sceny bitwy, choć obrazują szesnaście sposobów jak odrąbać dowolną istotną kończynę komuś kto biegnie, budzą poczucie, że Leonidas postępuje właściwie i każą widzowi stanąć u jego boku, przy naturalnym założeniu, że też mamy mięśnie, które zostawiają wyraźne wgniecenia na pościeli. Na jego tle blado wypada żona, która, dokooptowana do scenariusza troszkę chyba na siłę (Lena Headey - jedyna rola kobieca) w samej Sparcie stara się przekonać radę, żeby jednak wysłała wojsko na pomoc. Jest tam jakaś intryga, jakaś zdrada i jakaś miłość, ale co z tego, skoro zaraz potem jeden pan szlachtuje szarżującego nosorożca (i tysiąc słoni!) i cała pamięć o jakiejś kobiecinie w mieście szybko przemija.
Aktorsko film jest świetny – inaczej być nie mogło, bo scenariusz nie stawia aktorom skomplikowanych zadań - jednak okrzyki Leonidasa skłaniają do zamorskich podbojów nawet księgowego, a przemowy zdrajców Sparty (Dominic West) budzą nieodpartą chęć pozbawienia ich górnej dwójki, w miarę możliwości rozgrzanym pogrzebaczem.
Film mnie zachwycił i, jak niewiele obrazów, zmusił do czekania na następny seans, na premierę DVD, czy jakąkolwiek inną okazję powtórki tej greckiej uczty, bo wiem, że mogę go oglądać jeszcze i jeszcze.
Do filmu mam jednak dwie uwagi: Po pierwsze, nikt na świecie nie może mieć takich mięśni. To fizycznie niemożliwe. Karnet na siłownię już mam.
Po drugie: u nas jest za zimno na przepaskę biodrową i czerwony płaszcz. Na dżinsach nie wygląda już tak dobrze.
Do kina. Biegiem, czwórkami. Czeka Was chwała.