Tak się bawi, tak się bawi Po-li-bu-da!!!
W dniach od 4 do 7 maja w Mochnaczce Wyżnej niedaleko Krynicy odbył się 44. Rajd Politechniki Krakowskiej. Oto próba opisu tego zjawiska. W czwartek o 10 rano specjalnie podstawiony pociąg zabrał rozradowanych studentów. Oczywiście nie tylko z Politechniki Krakowskiej, i oczywiście nie wszystkich. Tych kilkanastu smutnych osobników na peronie to Ci, którzy nie zmieścili się w drzwiach. O przedziałach można było zapomnieć. Z niewiadomych powodów w dalszą podróż nie udało się też parę plecaków.
Tak się bawi, tak się bawi Po-li-bu-da!!!
W dniach od 4 do 7 maja w Mochnaczce Wyżnej niedaleko Krynicy odbył się 44. Rajd Politechniki Krakowskiej. Oto próba opisu tego zjawiska. W czwartek o 10 rano specjalnie podstawiony pociąg zabrał rozradowanych studentów. Oczywiście nie tylko z Politechniki Krakowskiej, i oczywiście nie wszystkich. Tych kilkanastu smutnych osobników na peronie to Ci, którzy nie zmieścili się w drzwiach. O przedziałach można było zapomnieć. Z niewiadomych powodów w dalszą podróż nie udało się też parę plecaków. Rozpoczęła się sześciogodzinna jazda na rajd nazwany Ekscentrycznym. Całość imprezy była idealnie wyliczona na kieszeń studencką — 5 zł za wszystko, tzn. przejazd w obie strony, wejście na teren rajdu, miejsce na namiot, woda pitna, toaleta, opieka medyczna, wrzątek, naklejka, gazetka rajdowa, drewno na opał i hit wyjazdu grochówka!!
Furmanką do Mochnaczki
Wracając do podróży. Nasza radosna grupa stała pomiędzy przedziałami, gdzieś w okolicach końca pociągu. Wśród okrzyków typu: Seks! Muzyka! Politechnika! czy Wydział mechaniczny, wydział mechaniczny, jest najbardziej erotyczny! wesoło buzowały napoje wysokoenergetyczne. W końcu udało się dojechać! Krynica! Ale trzeba jeszcze dojść do Mochnaczki. To nie problem. W pociągu nawiązano kontakty, dzięki czemu mniejsze grupy połączyły się w większe. Według wstępnych informacji miejsce docelowe było oddalone o 5 km, co przekładało się na jakieś 30 minut drogi. Ale gdzie tam teoria do praktyki. Jeszcze tylko krótki posiłek (jednemu koledze nie chcieli sprzedać piwa) i idziemy na wschód! Tam musi być jakieś pole namiotowe! Jednak im dalej od centrum, tym wskazówki od mieszkańców co do drogi były coraz bardziej niejasne. — Do Mochnaczki? A gdzieś ze 7 km będzie — poinformowała pierwsza z pytanych osób. — Trzecia ulica w lewo, potem skrótem przez las, w sumie jakieś 9 km — druga osoba. Potem już było tylko gorzej: 9, 12, 15 km, licytacja skończyła się na 20. Powoli robiło się ciemno, a Mochnaczki, pomimo podjechania autobusem, wciąż nie było widać. Ale były też plusy: dobre piwo po drodze, postoje na łączkach, mecz piłki nożnej z miejscowymi. Średnia wieku czterech oldboyów krakowskich — 23 lata. Średnia wieku siedmiu miejscowych to 14 lat. Kraków dostał 2:3, porażka. Przeciwnicy jednak się zlitowali i udzielili cennej informacji o furmance dowożącej zagubionych żaków na miejsce rajdu. Za chwilę podjechał więc wehikuł na widok którego niemieccy turyści wyciągnęliby wszystkie aparaty fotograficzne. Jeszcze większym zjawiskiem był woźnica, który zbierał naprawdę wszystkich po drodze, a w zamian wziął tylko jedno piwo. I tak więcej pewnie by nie wypił. Furmanka rozwinęła prędkość kosmiczną warp 7 i w parę minut była już na terenie rajdu. Impreza trwała już w najlepsze. Namioty rozbite, scena postawiona, wszyscy się bawią! Oczywiście pod kontrolą ochrony i organizatorów. I tak oto miejscowość zamieszkana przez 600 osób została najechana przez 4 tysiące „elity intelektualnej narodu”. Rozlokowani na sporym obszarze jedni już spali (mniejszość), inni bawili się w najlepsze (większość). Z czasem wszyscy oddali się w ręce Morfeusza, ale niektórzy wpadli w podstępne ręce boga Polmosa.
Dzień konkursów
Następnego dnia, od samego rana, słychać już było odgłosy zabawy. Gdzieniegdzie tliły się jakieś ogniska. Ten dzień upłynął pod znakiem konkursów. Zaczęło się od… picia piwa na czas. Później było bardziej sportowo — zawody w siłowaniu na rękę, turniej siatkarski i piłki nożnej oraz biegi. Nie wszyscy wytrzymali jednak napięcie (zabrakło piwa). Niektórzy, bardzo zmęczeni, pomimo zapisów nie wystąpili. Wszyscy byli tak przepełnieni duchem sportu, że nie zwracali uwagi na miejsca jakie zajmują. Wielu, wycieńczonych zawodami lub dopingowaniem, posnęło, ale wieczorem w pełni sił wrócili do dalszej zabawy.
Piwo pokoju z miejscowymi
Rano, trzeciego dnia, ustawiła się jak zwykle kolejka po wrzątek. Ci, którzy nie mieli cierpliwości ustawiali się do krótszej, po piwo. Tymczasem dwóch sympatycznych prowadzących zaczęło nawoływać żaków pod scenę. — Zapraszamy, zaraz będą nowe konkursy!!! — Tak nawoływani zaraz zapełnili miejsca pod sceną. Tego dnia królował konkurs na najładniejsze męskie pośladki! Później odbył się konkurs dla par. Dobrze, że nie było nikogo z Młodzieży Wszechpolskiej, bo z czterech par tylko jedną tworzyli chłopak i dziewczyna. Po południu niektórzy postanowili pozwiedzać okolicę. Skończyło się na pobliskim sklepie, piwie pokoju z miejscowymi i domowym bigosiku. Wszystko to zmierzało do radosnego końca, kiedy to miała wystąpić gwiazda rajdu, czyli Strachy Na Lachy! Koncert wspaniały, niestety nie dla wszystkich. Bóg Polmos działał.
Wielkie lanie!
Nastał smutny dzień wyjazdu. Zaczął się jednak pozytywnie, a mianowicie od grochówki! Dla wielu był to pierwszy gorący posiłek na rajdzie, nie licząc kiełbasek z popiołem. Po posiłku niektórzy zaczęli wyjeżdżać, ale w międzyczasie w najlepsze trwały konkursy, w tym długo oczekiwany wybór Miss mokrego podkoszulka. Ale wcześniej odbył się kolejlny konkurs picia piwa na czas. Zwycięzca wypił 5 w ekspresowym tempie. W nagrodę dostał kolejne 4, po czym stwierdził, że musi iść spać. Wyjazd zaplanowano na 16, więc miał trochę czasu. Po piwie był konkurs wokalny. Szansa na Sukces to nie była, ale miło było wydrzeć się do mikrofonu. Rządził T. Love. Zwycięzca otrzymał jednak szansę nagrania jednego utworu w profesjonalnym studiu. Potem było wielkie lanie! Pięć odważnych dziewczyn oblewało się nawzajem nieśmiało, więc obsługa musiała im pomóc. Publiczność wśród okrzyków domagających się pokazania co ciekawszych partii ciała, dokonała obiektywnego wyboru. Nie należy również zapomnieć o konkursie na najbardziej niepotrzebną rzecz na rajdzie. Wygrała pralka. *
Gdy już było po konkursach wszyscy wzięli się za składanie namiotów. Przypominało to walkę z wiatrakami. Jednocześnie odnajdywano zagubione karimaty, śpiwory i ubrania, częstokroć na innej osobie. Tym razem droga do Krynicy trwała rzeczywiście pół godziny i punktualnie wszyscy upchali się w pociągu. Droga powrotna była o wiele spokojniejsza. Po godzinie czy dwóch większość posnęła. Jednak kilku żaków wpadło w trans i dawali czadu do samego Krakowa. I tak oto szczęśliwie, nie licząc pękniętej kości policzkowej i zgubionego kieliszka, rajd Polibudy dobiegł końca. |