A wieżyczka na kościele stoi Byłem studentem III roku architektury na Politechnice. Mój profesor Witold Dalbor, który zamieszkał na stałe w Zakopanem, pozwolił mi używać swojego pokoju w Krakowie, kiedy ten podczas jego nieobecności był wolny.
Przy oknie stał stół, a profesor przyjeżdżając stawiał na tym stole kwiaty. Ja, korzystając z przyzwolenia, zamieniałem ten mebel na rysownicę. W szufladzie stołu leżał „służbowy przyrząd” - przybornik służący do kreślenia.
Któregoś dnia wszedł do tego właśnie pokoju adiunkt naszej katedry Stefan Świszczowski. Palił fajkę, był człowiekiem bardzo dobrym. Usiadł i widząc mnie pracującego spytał, czy interesują mnie drobne prace konserwatorskie. On naturalnie podpisze i zajmie się „obrzeżami sprawy”, ale w tej chwili nie ma czasu ani możliwości, bo zajmuje się kaplicą u OO. Dominikanów. Jeśli zechcę da mi skierowanie na prowincję, bo obiekt jest nie byle jaki. Poradził mi, by wziąć sobie pomocnika. I tak urodziła się moja pierwsza realizacja konserwatorska. * Wraz z moim kolegą Zygmuntem (pochodził z Warszawy, należał do „Parasola”) pojechaliśmy pociągiem, trzecią klasą, do stacji Rudawa. Ja wiozłem ze sobą to, co „grupa naukowo-badawcza” wieźć powinna - niwelator, nowy nabytek katedry. Zygmunt miał przez ramię przewieszoną tekę z kartonami. Rudawa. Niby nic, a jednak kościół, rynek, wszystko jeszcze pachnące okupacją. Wspaniała remiza strażacka, otoczenie kościoła jakby z kart Glogera. Tajemnicze kapliczki, no i ksiądz kanonik. Przeczytał pisemko od Stefana Świszczowskiego, spojrzał na nas i powiedział: - Czas obiadu przybliżył się. Zobaczymy co nam gosposia poda. Obiad był zwyczajny, plebanijny. W trakcie posilania się Zygmunt jakoś nagle poderwał się i ocierając usta ręką zapytał księdza: - Jest fortepian, można coś zagrać? Na zakurzonym instrumencie piętrzyły się nuty. Zygmunt usiadł i zaczął grać. To tak jakby ktoś sprawdzał możliwości nieznanego wierzchowca. Ej, Zygmunt potrafił z pozornie martwego instrumentu wydobyć życie. Najpierw zagrał niby coś z Szopena, później przeszedł na Liszta. Jest taka rapsodia chwaląca tańce węgierskie. Tam trzeba używać wszystkich palców obydwu rąk. Ksiądz kanonik, starszy od nas może o 15 lat, wstał nagle od stołu, podszedł do fortepianu i zaczął sprawdzać nuty. W końcu wydobył partyturę tego co zagrał Zygmunt, a później… Zaczęli na cztery ręce grać owego Franciszka Liszta. To było piękne! * Dach kościoła w Rudawie był bardzo zniszczony, a sygnaturka przegniła. Trzeba ją było odbudować, zaś ja zaproponowałem jej formę. Kanonik pokazał mi starą fotografie. Później adiunkt Świszczowski zapytał mnie: - Co z sygnaturką w Rudawie? Odpowiedziałem: - Już stoi. W Rudawie poznałem dwóch wspaniałych ludzi, cieślę i kowala. A on na to: - Przecież ja i tak muszę to zatwierdzić. * Po latach spotkałem Zygmunta w Warszawie, w otoczeniu Jerzego Hryniewieckiego. Przestał mówić, miał otwór w pobliżu krtani. Przywitaliśmy się serdecznie. Poprosił o kartkę i napisał na serwetce: Fr. Liszt rapsod… Co było później? Nie wiem. A wieżyczka na kościele w Rudawie stoi. I dziś któż wie o takich kolejach losu. Są moje projekty w Europie, w Stanach, ale żeby w Rudawie? Studenckie wspomnienia architekta prof. Wiktora Zina (cz. 1)
Prof. Wiktor Zin, architekt, dr h.c. kilku uczelni, autor ciekawych programów telewizyjnych, złożył kiedyś Czytelnikom „SMS” sympatyczną deklarację: „Rozczuliła mnie cena 1 grosz. To też postanowiłem za 1/4 grosza napisać pierwszy odcinek „Ja też byłem studentem”.
 Andrzej Mleczko Odcinków będzie 4-5, ale honorarium nie przekroczy grosza. Proponuję jeszcze, by mój były, ale za to zdolny student, p. Andrzej Mleczko, zilustrował moje teksty. O ile go znam, wykona to z ochotą, też w cenie 1 grosza. Z przyjemnością drukujemy dziś drugi odcinek wspomnień Profesora, oczywiście z rysunkiem Andrzeja Mleczki. Za jeden grosz! |