|
Moja torebka świadczy o mnie |
|
|
Autor: Monika Jurczyk
|
|
01.03.2007. |
|
To nieco „stuningowane”, podstawówkowe motto jest gotową receptą na własny styl. Niektórzy ulegają magii metki. Prada, Dior, Chanel to marzenie wielu fashion victims. Zalewające nasze ulice nędzne podróbki słynnych torebek Louis Vuitton, paskudne brązowawe twory ze znaczkiem przypominającym X, to oczywiście namiastka marzeń o ekskluzywności.
Niektórzy stawiają na oryginalność. Torebki po babciach, ciociach lub też przybranych krewniaczkach z secondhandu nadal mają się dobrze. I dobrze.
Niektórzy lubią po prostu nierzucające się w oczy, „zwykłe”, czarne, szare czy brązowe torebki. Jeśli są one wykonane ze szlachetnej skóry, a ozdobione klasycznymi eleganckimi detalami, dlaczego nie.
Najgorszą jednak kategorią torebkowych maniaczek są wielbicielki papierowych firmówek. Dosyć, że lubią tandetne, małe torebki tzw. podpachówki, to na domiar złego, to co się do nich nie zmieści z dumą noszą w papierowych torebkach popularnych firm kosmetycznych i odzieżowych. Bez przesady można powiedzieć, że jest to zjawisko nagminne. Niestety. Minęły już bowiem czasy, gdy kupowanie w sieciowych sklepach z ubraniami było zajęciem nielicznych. Torebka „Zary” czy „Sephory” to nie jest produkt elitarny tylko lepsza wersja jednorazówki z Żabki. W instrukcji obsługi takich torebek powinno być napisane, że służy ona do przetransportowania zakupionego towaru do miejsca jego przeznaczenia. Do niczego więcej. Wierzcie mi. Błagam.
Monika Jurczyk
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
|