Jagiellońskie centrum językowe - Wakacyjne kursy językowe
 
Start arrow Kasia na walizkach arrow Popołudniowo-wieczorne odstresowanie
 
 
Popołudniowo-wieczorne odstresowanie Email
Oceny: / 8 KiepskiBardzo dobry 
Autor: Ola Sanocka   
16.02.2007.

Jako dziecko byłam świadkiem bardzo, jak mi się wtedy zdawało, niesprawiedliwej i dziwnej sceny. Byłam na wakacjach u dziadków. Babcia jak zwykle rozpoczęła poranek od wykonywania wszelkiego rodzaju prac domowych, poczynając od sprzątania a na zakupach kończąc. Dziadek natomiast w tym czasie… GRAŁ w szachy z sąsiadem. W którymś momencie babcia spokojnie weszła do kuchni, rozpakowała torby z zakupami, po czym podeszła do stołu, wzięła szachy i bez słowa wrzuciła je do pieca. Sąsiad również bez słowa wyszedł, a dziadek… no cóż, dziadek zabrał się do obierana ziemniaków.
Mój dzień wygląda mniej więcej tak:
(jeśli rano mam iść na zajęcia)
Ociągam się nieprzyzwoicie ze wstawaniem. Nie chce mi się okropnie. Przestawiam budzik na kolejne 5 minut później i łudzę się, że nie usłyszę, kiedy znowu zadzwoni. W końcu jednak zbieram się w sobie i WSTAJĘ. Potem jakoś już leci. Łazienka. Śniadanie. Autobus. Zajęcia. Znowu autobus. Zakupy. I dom.
A w domu sprzątanie, gotowanie, pranie. Wiadomo. Ktoś to wszystko zrobić musi.
(a jeśli rano idę do pracy)
Dzwoni budzik i wstaję bez najmniejszych problemów. W końcu spóźnić się nie mogę. Zresztą nie za spóźnienia mi płacą. Potem zwykły codzienny schemat. Łazienka. Śniadanie. Autobus. Praca. Znowu autobus. Zakupy. I dom.
A w domu sprzątanie, gotowanie, pranie. Wiadomo. Ktoś to wszystko zrobić musi. Żeby nie marnować czasu na oglądanie telewizji, włączam TVN 24 i słucham jak radia. Spoglądam tylko w ekran, kiedy przestają mówić, co zazwyczaj oznacza jakiś interesujący „No comments”.
Gdzieś w międzyczasie jakieś spotkanie na kawie, czy wyjście do kina na seans popołudniowy, ale w gruncie rzeczy ten schemat nie odbiega zbytnio od wyznaczonego standardu. Weekendy to oczywiście inna bajka.
On natomiast, poza poranną rutyną wstawania i przygotowania się do pracy, wychodzi i wraca równiutko po 9 godzinach. Przekracza próg mieszkania i wita się ze mną zdawkowym „cześć”. Jeśli nie ściągnie butów mrożę go zimnym spojrzeniem kobiety uciemiężonej domowymi pracami. Szybko więc wycofuje się na wycieraczkę i ściąga ubłocone zazwyczaj buciory. Rozgląda się w poszukiwaniu kapci, a ja się nic nie odzywam, choć wiem, że kopnął je wczoraj pod kanapę. Jak kopie, to niech teraz ma. Potem idzie do łazienki włączając po drodze komputer, tak by wychodząc po umyciu rąk wszystko było już gotowe na popołudniowo-wieczorne odstresowanie. Tyle tylko, że to jego popołudniowo-wieczorne odstresowanie jest moim popołudniowo-wieczornym stresem. On bowiem siedzi i GRA, a mnie (za przeproszeniem) krew zalewa.
I teraz jest czas na zastanowienie się, dlaczego ja właściwie z nim jestem? Czy ja tego naprawdę chcę? Dlaczego tak mnie to denerwuje i jak długo jeszcze jestem w stanie to znosić?
Ale jak On kończy grać, to wtedy siedzimy na kanapie, rozmawiamy, albo idziemy na spacer, czasem na kolacje do knajpki, którą nieopodal prowadzi podstarzały lowelas Włoch. Dyskutujemy o tym, czemu Pamuk dostał nagrodę Nobla, albo raczej czemu dostać jej nie powinien… więc chyba jest w tym wszystkim jakaś równowaga. Ale pomimo owej równowagi, nie mogę przezwyciężyć w sobie złości na to jego marnowanie czasu. Raz nawet przemogłam się i spróbowałam grać, ale po 5 minutach zabijanie mobów (czy innych tam stworów) zdało mi się zajęciem co najmniej poniżającym, jak na osobę uważającą się za w miarę inteligentną.
Pytanie więc nadal pozostaje bez odpowiedzi, a mianowicie: CO Z TYM DALEJ ZROBIĆ?
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Top! Top!