Jagiellońskie centrum językowe - Wakacyjne kursy językowe
 
Start arrow Kasia na walizkach arrow A jednak Wietnam
 
 
A jednak Wietnam Email
Oceny: / 3 KiepskiBardzo dobry 
Autor: Ola Sanocka   
29.01.2007.

Przyjechała do mnie przyjaciółka z Warszawy. Ma trójkę dzieci. Dwie dziewczynki i chłopca. Trudno ogarnąć mi ten nagły hałas, rozgardiasz i — powiedzmy sobie szczerze — huk. Nigdy nie miałam do czynienia z małymi dziećmi, choć jak twierdzi moja znajoma, te jej dzieci wcale nie są takie małe. Najmłodszy bowiem ma 4 latka. Władowali się wszyscy do naszego mini-mieszkanka i zawładnęli nim zupełnie.
— A co to jest? — pyta jedna z dziewczynek podnosząc stos papierów z mojego biurka i tym samym upuszczając połowę na podłogę.
— To są moje dokumenty! – prawie krzyczę i biegnę kartkom na ratunek,
Kątem oka widzę, jak mały chłopiec łyżeczką do herbaty rozkopuje ziemię, pozbawiając tym samym elementarnych warunków życia moje kaktusy.
— A gdzie jest najstarsza? — myślę sobie.
W tym momencie dziewczynka wychodzi z łazienki.
— Ładnie mi? — pyta z uśmiechem na twarzy, a ja nie chcę uwierzyć w to, co widzę. Całą buzię umorusaną ma moimi kosmetykami. Na podłodze w łazience leżą resztki rozsypanych cieni do powiek, połamane kredki i szminki. Koszmar!
— Ile razy wam mówiłam, żeby niczego bez pozwolenia nie ruszać? — zwraca się do dzieci moja przyjaciółka.
A ja, pomimo iż przyjechali godzinę temu, już spoglądam na zegarek, by sprawdzić, ile jeszcze czasu zostało do odjazdu ostatniego ekspresu do Warszawy. By ratować sytuację, by ratować siebie i wszystkie rzeczy, które znajdują się w mieszkaniu zarządzam spacer do parku. Dzieciaki biegną przez korytarz-balkon odstraszając wszystkie gołębie, a mi przychodzi do głowy straszna myśl — że takie dzieci to w sumie niezły straszak na te okropne, zatruwające mi życie ptaki!
Siedzimy na ławce w parku. Tak jak wtedy, gdy mieszkałyśmy w naszym studenckim mieszkaniu w Warszawie. Tak jak wtedy gadamy. Tak jak wtedy jest cudowna i ciepła wiosna (styczniowa wiosna). Tak jak wtedy nie ma dzieci (gdzie są dzieci?).
— Czy ty w końcu możesz mi powiedzieć czyje te dzieci są? — pytam zniecierpliwiona.
— No moje przecież — odpowiada przyjaciółka.
— Że twoje to ja wiem, ale z kim ty je masz? — precyzuję pytanie, skoro łapie mnie za słówka,
— Dzieci są tego samego ojca. Ale nie mieszkamy z nim. Odwiedza nas często i tak jest dobrze — tłumaczy mi i jakoś to tłumaczenie przemawia do mnie. No bo skoro jest im dobrze, zresztą naprawdę wygląda na szczęśliwą. Nie narzeka, jak to miała w zwyczaju...
— Ale jak ty sobie dajesz radę? — zastanawiam się na głos. — Trójka dzieci, studia, praca...
— Zatrudniłam opiekunkę — odpowiada. — I płacę jej 2 zł za godzinę! — dodaje i uśmiecha się z zadowoleniem ze swej przebiegłości.
Nagle coś dzwoni. Alarm jakiś czy co? Nalot na miasto? Chować się do schronów? Są jeszcze schrony? Moja ręka wędruje po stoliku stojącym obok łóżka. Po omacku szuka telefonu, by wyłączyć ten przeraźliwy budzik. Otwieram oczy i rozglądam się po mieszkaniu. Dokumenty leżą na biurku, a co najważniejsze są równiuteńko poukładane, dokładnie tak, jak je wczoraj zostawiłam. Kaktusy całe i zdrowe, a wszystkie kosmetyki w łazience na swoim miejscu.
Przy porannej kawie odbieram maila od przyjaciółki z Warszawy: „W niedzielę lecę na miesiąc do Wietnamu. Jak wrócę, to się odezwę.”
Jak dobrze, że nic się nie zmieniło — myślę sobie. I wychodząc z mieszkania odganiam parasolką zalegające na korytarzu-balkonie gołębie.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Top! Top!