Jakiś czas temu w naszych kinach pojawił się obraz reklamowany jako następny film reżysera "Zakochanego bez pamięci", czyli "Eternal Sunshine of the Spotless Mind". "Eternal..." to film dla mnie wyjątkowy. Nie tylko ze względu na najgorsze tłumaczenie czegokolwiek, gdziekolwiek, w jakimkolwiek języku (i chętnie wykrzyczę to w twarz tłumaczowi, dajcie-mi-go-tu), ale także dlatego, że to jeden z najpiękniejszych filmów o miłości jakie zdarzyło mi się widzieć.
Kolejny obraz, "Jak we śnie", również jest filmem o miłości. Znów pokazuje, że miłość nie jest aż tak bardzo fajna jak wszyscy mogliby myśleć i po raz kolejny robi to za pomocą mężczyzny z przypadłością.
I tak, w "Eternal..." mieliśmy samotnego faceta, który zaczyna zapominać najważniejsze momenty swojego życia. W "Jak we śnie" dostajemy młodego mężczyznę po przejściach, który nie do końca jest w stanie odróżnić sen od rzeczywistości. Potem jest miłość. Dzięki nie do końca normalnemu bohaterowi, reżyser ma szansę ukazać całą, raczej banalną historię na pograniczu jawy i snu. Chwilami widz nie wie, czy to co widzi jest prawdą, czy po prostu bohater się zdrzemnął. Świat realny przeplata się z pokracznymi animacjami komputerowymi, szare miasto poprzetykane jest błyszczącym celofanem i kartonowmi wycinankami. Ot, sielanka, wszyscy się cieszymy tym, że świat jest taki kolorowy. Tak może być na pierwszy rzut oka.
Jeśli wpatrzymy się głębiej, widzimy tragedię, którą dostrzec może każdy, kto był nieszczęśliwie zakochany (czyli każdy, po prostu). Widzimy, że "nic z tego nie będzie" i do niczego to nie prowadzi. Stephan jest ze swoją ukochaną we śnie, ale na jawie w jego przekonaniu nie ma na to żadnych szans. Ból bezsilności, niemożności dostania czegoś, co jest w zasięgu ręki doprowadza mężczyznę do obłędu i to do obłędu najgorszego typu: obłędu, którego nikt nie wyleczy, nikt nie zauważy, nikt nie potępi. To szaleństwo jest w nim i w nim zostanie, tak we śnie, jak i na jawie, która staje się w końcu tylko pochodną kolejnych marzeń sennych.
Uff... Ciężko, prawda? Tylko, że znowu nie do końca. Bo film ogląda się bardzo przyjemnie, uśmiechając się często do prostych i rubasznych dowcipów serwowanych przez różne postaci.
Zarówno jawa, jak i sen tego filmu to złe miejsca, ale film pozwala nam tego nie zauważać. Obraz budzi smutek, ale smutek w pewien sposób uśmiechnięty.
Po seansie towarzyszyło mi pewne zdezorientowanie i w zasadzie nie wiedziałem, czy ten film polecić, czy może zbesztać za wtórność. Bo mimo wszystko zabrakło scenariusza Kaufmanna. Ale polecam. Bo wzrusza. Tylko, że znowu nie jest to dobre wprowadznie do romantycznego wieczoru z drugą połówką.