|
Zaczęło się. Gonitwa po mieszkaniu zawsze kończy się upadkiem na łóżko lub podłogę i dostąpieniem przeze mnie katuszy łaskotania… Wyrywam się, ale On mocno chwycił za stopy i nie zamierza puszczać. Jestem za nim, więc ostatkiem sił wbijam mu „szpile” między żebra i w tym samym momencie padam na łóżko jak kłoda. Czuję tylko, jak krew napływa mi do nosa, a łzy leją mi się po policzkach. Co to było?!
Słyszę jego jęk. - Boże, walnąłem Cię łokciem w nos! Przepraszam, Boże przepraszam! Nigdy nikogo tak nie walnąłem, nawet faceta żadnego! Powoli ruszam głową. Przed oczami ukazują mi się czarne mroczki, czuję jak krew wypełnia cały nos. Z trudem wstaję i biegnę do łazienki. Nachylam się nad wanną i w tym samym momencie cała jej powierzchnia pokrywa warstwa czerwieni. Drżącymi rękoma odgarniam z twarzy włosy i mówię do niego, żeby przyniósł lód. Brak reakcji. - Przynieś lód! - krzyczę. Kątem oka spoglądam w stronę drzwi. On leży na podłodze. - Gdzie jest lód? – mamrocze. - Jak to gdzie?! W zamrażalniku!!! – tracę powoli cierpliwość, a On bełkocze, że nie jest w stanie pójść, bo zaraz zemdleje. Pięknie. On zemdleje. Ja się wykrwawię. I znajdzie nas sąsiad, kiedy po tygodniu nasze ciała zaczną gnić.
Jedziemy taksówką. Trafił się kierowca przewodnik. - Daleko do Rydygiera? – pyta On. Ja się nie odzywam. Trzymam się za nos, a to już i tak jest ponad moje siły. - No wie pan, to jest tam, gdzie kiedyś było… - Nie, nie wiem, nie jestem z Krakowa. Wystarczy, jak pan powie, czy daleko czy nie – odpowiada On. Ja opieram głowę o fotel, bo trochę kręci mi się w głowie. - No wiec powiem panu tak, że daleko jak na miasto, a jak nie na miasto, to blisko. No to niech będzie to blisko nie blisko, myślę sobie, byleby szybko. Jedziemy, a taksówkarz: - Skoro państwo nie z Krakowa, to pewnie nie wiedzą, że teraz właśnie przekraczamy magiczną granicę miasta. Po prawej AWF, a po lewej Politechnika – brak reakcji z naszej strony, ale taksówkarz się nie zniechęca. – A jak Rydygiera budowali, wiedzą państwo? Chyba z 20 lat im to zajęło, bo to moloch straszny, a przecież po 10 latach to w szpitalu tyle zarazy, że się wyplewić nie da. Powinni zburzyć i od nowa stawiać - zakończył swój wywód taksówkarz. To może zanim zburzą, niech najpierw obejrzą mój nos, myślę sobie. * Ostry dyżur. - Co się pani stało? – pyta mnie młoda pani laryngolog. - Dostałam łokciem w nos. - Hmhmhm, nie wygląda to źle, ale dla pewności trzeba zrobić rentgen. Idziemy na rentgen. - Co powiedziałaś tej lekarce? – pyta On. - No, powiedziałam prawdę, że mi przyłożyłeś łokciem w nos. - Wyszło na to, że cię leję. Nie mogłaś powiedzieć, że walnęłaś się w drzwi, albo coś. To by dopiero był ewidentny przykład przemocy w rodzinie! Walnęłam się w drzwi. Tekst wzięty prosto z reklamy społecznej, normalnie, bo zupa była za słona. Znowu u pani laryngolog, już ze zdjęciem. - Złamany. Definitywnie złamany – mówi lekarka. - I co teraz? – pytam przerażona. - Teraz będziemy nastawiać… A zaraz potem ja się zastanowię, z kim ja właściwie mieszkam. * Epilog: Leżę w łóżku i odbieram telefony. Mama: - Co wy tam robicie w tym Krakowie? Siostra: - Masz całą głowę w gipsie? Jego mama: - Lał Cię? Kuzynka: - A pręgi na plecach też masz? Przyjaciółka: - Ale masz zdjęcie jako dowód w ewentualnej sprawie rozwodowej? Moje odpowiedzi: Nic, Nie, Nie, Nie, Tak. |