|
Autor: Ola Sanocka
|
|
29.09.2006. |
|
Walki Dzień Pierwszy. O 5.00 obudziło nas gruchanie gołębi. Ja z zamiłowania śpioch, nakryłam tylko głowę kołdrą. Szczelnie. Tak, by nawet najmniejsze odgłosy ptasich zalotów nie dotarły do mojej części łóżka. On już po pierwszych odgłosach wstał, otworzył drzwi i wrzasnął: — Spier…! — Cicho bądź! Śpię jeszcze — próbowałam go uciszyć.
Wytrzymał może pięć minut. Znowu otworzył drzwi. Zaczął się tłuc. Chyba wystawił krzesło na korytarz-balkon. — Gdzie jest miotła? — zapytał. Odwróciłam się w stronę ściany, aby dobitniej pokazać mu, co sądzę o porze organizowania tego typu akcji. Ponownie obudziłam się około 9.00. Świeciło słonko. Przeciągnęłam się na łóżku. Jego nie było. Podparłam się na rękach i zobaczyłam uchylone drzwi. Hm,hm,hm, poszedł po świeże bułki — zamarzyło mi się. Wstałam, otworzyłam szerzej drzwi i ujrzałam Jego, siedzącego na naszym nowym, małym, składanym krześle. Wymachiwał miotłą. W górę. W dół. W górę. W dół. — Co robisz? — zapytałam, żeby upewnić się, o co chodzi i właśnie w tym momencie na jego głowie wylądowała gołębia kupa. Ryknęłam gromkim śmiechem i widząc, że jego wcale to nie bawi, zakryłam usta rękoma. To jednak na niewiele się zdało. Zatoczyłam się w pełnym rozbawienia transie i odbijając się od framugi drzwi padłam na łóżko. Usłyszałam odgłos spadającej na ziemię miotły i trzask drzwi od łazienki. Wyszedł po dłuższej chwili. Włosy miał mokre, a twarz ściskała mu złość. — Ta walka dopiero się zaczyna! — oznajmił dobitnie. |